Nie jest przypadkiem, że w wielu programach modernizacyjnych Wojsko Polskie przez lata otrzymywało nie to, czego oczekiwało, lecz to, na co zdecydowali się politycy. Zdarzały się oczywiście wyjątki. Problem polega na tym, że właśnie one zapisały się w pamięci jako wyjątki. Jednym z najbardziej znanych przykładów pozostaje historia śmigłowców wielozadaniowych.
Zdjęcia: WSK PZL-Świdnik
Niezależnie od ocen samego programu śmigłowców wielozadaniowych Airbus H225M Caracal i powodów jego kasacji, trudno zaprzeczyć, że wojsko od lat wskazywało na potrzebę szybkiego pozyskania nowych maszyn. Kolejne lata sporów politycznych, unieważniania decyzji poprzedników i rozpoczynania procedur od nowa sprawiły, że problem śmigłowców nie zniknął. Przeciwnie. Stał się jeszcze większy, co pokazały ostatnie klęski żywiołowe.
Jeszcze ciekawsza jest historia dodatkowych samolotów F-16. Polskie Siły Powietrzne od dawna sygnalizowały potrzebę zwiększenia liczby nowoczesnych samolotów bojowych. Po zakupie pierwszych 48 maszyn wielokrotnie pojawiały się głosy, że naturalnym krokiem powinno być dokupienie kolejnej eskadry. Argumenty były oczywiste. Istniała infrastruktura, wyszkolony personel i zaplecze techniczne. Samolot był sprawdzony. Koszty wdrożenia kolejnych egzemplarzy byłyby znacznie niższe niż uruchamianie całkowicie nowego programu.
Przez lata tych głosów nie słuchano. Dopiero po dwóch dekadach od pierwszego kontraktu Polska wróciła do rozbudowy lotnictwa bojowego na większą skalę. Oczywiście pojawiły się F-35A Husarz i bardzo dobrze, ale do nich musiano dokupić ad hoc mniejsze i skromniej wyposażone FA-50. Trudno oprzeć się wrażeniu, że gdyby część decyzji podjęto wcześniej, wiele obecnych problemów można byłoby ograniczyć.
Nie oznacza to, że wojskowi zawsze mają rację. Oznacza jedynie, że warto ich słuchać, szczególnie wtedy, gdy przez kilkanaście lat powtarzają dokładnie to samo.
Historia niekończącego się oczekiwania
Jeszcze bardziej wymownym przykładem są okręty podwodne. Marynarze od początku XXI wieku wskazywali, że Polska musi zastąpić starzejące się jednostki. Program Orka urastał do rangi jednego z najważniejszych przedsięwzięć modernizacyjnych Marynarki Wojennej. Ministrowie się zmieniali. Rządy się zmieniały. Prezentacje, analizy i zapowiedzi pojawiały się regularnie. Okrętów nie było.
Z biegiem czasu sytuacja zaczęła przypominać ponury żart. Dyskusja przestała dotyczyć tego, który typ jednostki wybrać. Coraz częściej sprowadzała się do pytania, czy Polska będzie miała jakiekolwiek nowoczesne okręty podwodne. W środowisku marynarskim można było usłyszeć opinię, że po latach oczekiwania wybór konkretnej konstrukcji schodzi na dalszy plan. Najważniejsze stawało się samo pozyskanie nowych jednostek i odbudowa zdolności. Trudno o bardziej wymowny obraz skutków wieloletniego odwlekania decyzji.
Politycy przez lata zapewniali, że sprawa jest ważna. Problem polegał na tym, że za deklaracjami nie szły decyzje. Efekt jest taki, że Polska przez wiele lat stopniowo traciła jedną z najcenniejszych kompetencji wojskowych, których odbudowa będzie kosztowna i czasochłonna. Głównie przez brak ciągłości decyzji, nawet wśród ministrów z tej samej opcji politycznej.

Zmarnowane lata
Podobnie wygląda historia samolotów tankowania powietrznego. Dla przeciętnego obserwatora nie są one tak efektowne jak myśliwce. Nie budzą takich emocji jak nowe czołgi czy wyrzutnie rakietowe. Dla lotnictwa stanowią jednak jeden z kluczowych elementów zwiększających możliwości operacyjne.
Polscy piloci i sztabowcy od dawna zwracali uwagę na potrzebę posiadania własnych zdolności tankowania w powietrzu. Dzięki nim samoloty mogą działać dalej, dłużej i skuteczniej. W przypadku F-35 znaczenie takich zdolności będzie jeszcze większe.
Przez wiele lat temat pozostawał jednak na marginesie. Dopiero teraz Polska zmierza do pozyskania samolotów Airbus MRTT. Potrzeba była znana od dawna. Decyzja pojawia się po kolejnej dekadzie dyskusji. To zresztą stały element polskiej modernizacji technicznej.
Wojsko wskazuje potrzebę. Eksperci przedstawiają argumenty. Mijają lata. Po czym okazuje się, że pierwotne postulaty były trafne i należy je zrealizować. Tyle że później, drożej i w mniej komfortowych warunkach. I choć mogliśmy mieć latające cysterny od lat, to musimy znów czekać.
Polityczne rozgrywki
Kilka lat temu duże zainteresowanie wywołały słowa ówczesnego rzecznika PiS, Radosława Fogiela, który stwierdził, że nie zatrudniamy ekspertów, bo jak zatrudnialiśmy ekspertów, to nie chcieli oni realizować naszego programu.
Była to wypowiedź dotycząca polityki, ale znakomicie oddaje pewien sposób myślenia obecny nie tylko w jednej partii. Ekspert bywa ceniony wtedy, gdy potwierdza stanowisko decydenta i kiwa z podziwem głową. Kiedy przedstawia niewygodne argumenty, jego znaczenie nagle maleje.
Problem polega na tym, że sprzęt wojskowy nie interesuje się preferencjami politycznymi. Okręt podwodny nie staje się lepszy dlatego, że pasuje do programu wyborczego. Samolot nie zwiększa zasięgu dlatego, że dobrze wygląda podczas konferencji prasowej. Armia działa według wymagań operacyjnych, parametrów technicznych i realnych zagrożeń.
Dlatego doświadczenie wojskowych oraz specjalistów ma znaczenie szczególne. Nie dlatego, że są nieomylni. Dlatego, że na co dzień zajmują się problemami, których politycy często nie znają lub nie rozumieją w wystarczającym stopniu.
Można byłoby uznać, że opisane zjawiska są wyłącznie problemem poprzednich ekip rządzących. Byłby to jednak wniosek zbyt wygodny. Zmiana rządu nie oznacza automatycznie zmiany sposobu podejmowania decyzji. Także obecnie można znaleźć przykłady sytuacji, w których opinie ekspertów lub wojskowych nie odgrywają takiej roli, jakiej można byłoby oczekiwać.
Mechanizm pozostaje podobny. Politycy chcą mieć wpływ na najważniejsze decyzje. To naturalne. W demokracji to oni ponoszą odpowiedzialność przed wyborcami. Problem pojawia się wtedy, gdy konsultacje stają się jedynie formalnością, a głosy specjalistów są traktowane jako przeszkoda, a nie źródło wiedzy.
Historia polskiej modernizacji technicznej pokazuje, że skutki takich działań bywają kosztowne. Czasami oznaczają wieloletnie opóźnienia. Czasami utratę kompetencji. Czasami konieczność nadrabiania zaległości pod wpływem pogarszającej się sytuacji bezpieczeństwa.
Nie chodzi o to, aby generałowie, admirałowie czy piloci samodzielnie decydowali o wszystkich zakupach. Armia nie funkcjonuje w próżni. Istnieją ograniczenia finansowe, gospodarcze i polityczne. Chodzi o coś znacznie prostszego.
Jeżeli przez kilkanaście lat wojskowi konsekwentnie wskazują potrzebę nowych okrętów podwodnych, dodatkowych samolotów bojowych, latających cystern czy lepszego wyposażenia indywidualnego, warto potraktować te sygnały poważnie. Szczególnie wtedy, gdy po latach okazuje się, że mieli rację. Znów. I znów.
Polska armia wielokrotnie udowodniła, że potrafi trafnie identyfikować własne potrzeby. Nie zawsze, ale wystarczająco często, by jej głos zasługiwał na większą uwagę. Być może największym paradoksem ostatnich dwóch dekad jest fakt, że wiele z dzisiejszych priorytetów modernizacyjnych nie zostało odkrytych przez polityków. Wojsko mówiło o nich od dawna. Problem polegał na tym, że niewielu chciało słuchać.
A słuchanie, jak pokazuje historia polskiej modernizacji sił zbrojnych, pozostaje jedną z najrzadziej spotykanych kompetencji wśród decydentów. Szczególnie wtedy, gdy po drugiej stronie stołu siedzi ktoś, kto zna temat lepiej.
Czytaj także:
- Polskie bezpieczeństwo w cieniu politycznych sporów
- Przelot F-35. Nie tylko pokazy i polityczne bitwy
- SAFE. Gdzie się podział PiS i niemieckie fabryki?
- Jak polski przemysł zarobi na SAFE sojuszników?
- Czy SAFE to listek figowy polityki zakupowej?
- Czy Polska potrzebuje broni atomowej? Realia kontra ego
- Przemysł zbrojeniowy za SAFE. Wojsko też widzi szansę
- Tajność nade wszystko, czyli w MON bez zmian
- Orka dopływa do portu. Wejście nie jest jednak łatwe
