Na początku 2026 Siły Zbrojne RP liczyły dokładnie 217 075 żołnierzy. 74,7 proc. stanowili żołnierze zawodowi, 17,3 proc. żołnierze Wojsk Obrony Terytorialnej, 7,7 proc. żołnierze dobrowolnej zasadniczej służby wojskowej, a 0,3 proc. aktywna rezerwa. Oznaczało to około 162,2 tys. żołnierzy zawodowych, 37,6 tys. terytorialsów, 16,7 tys. żołnierzy DZSW i około 650 żołnierzy aktywnej rezerwy.
Zdjęcie: Krzysztof Niedziela/CO MON
Od tego czasu armia nadal rośnie. W połowie sierpnia minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz poinformował, że liczebność Wojska Polskiego przekroczyła 220 tys. żołnierzy w służbie czynnej. To dużo. Problem w tym, że ta liczba robi wrażenie głównie wtedy, gdy porównujemy ją z przeszłością. Jeśli zestawimy ją z planami na najbliższe kilkanaście lat, sytuacja wygląda już zupełnie inaczej.
Nowy Program Rozwoju Sił Zbrojnych RP zakłada, że do 2039 Polska ma mieć 500 tys. żołnierzy. 300 tys. ma pełnić czynną służbę wojskową, a kolejne 200 tys. ma stanowić rezerwę, w tym nową rezerwę wysokiej gotowości. Oznacza to, że w ciągu trzynastu lat trzeba nie tylko zwiększyć liczbę żołnierzy czynnych o około 80 tys., ale także zbudować rezerwę liczącą 200 tys. odpowiednio wyszkolonych ludzi. I tutaj zaczyna się problem.
Skąd wziąć odpowiednich ludzi?
Samo znalezienie 300 tys. osób nie wystarczy. Nowoczesna armia potrzebuje przede wszystkim odpowiedniej struktury kadrowej. Jeżeli Polska kupuje kolejne setki czołgów, nie potrzebuje wyłącznie ich załóg. Potrzebuje dowódców plutonów i kompanii, mechaników, logistyków, specjalistów od uzbrojenia, łączności i rozpoznania. Jeżeli kupuje F-35, liczba samolotów nie mówi jeszcze nic o realnej zdolności bojowej eskadry. Potrzebni są piloci, technicy, specjaliści od obsługi naziemnej, uzbrojenia, elektroniki i całe zaplecze pozwalające utrzymać samoloty w gotowości.
To samo dotyczy obrony przeciwlotniczej, artylerii rakietowej, dronów czy nowych okrętów. Im bardziej skomplikowany jest sprzęt, tym więcej ludzi potrzeba do jego wykorzystania. I nie są to ludzie, których można wyszkolić w kilka tygodni. O czym zdaje się, że politycy zapominają.
Polska już teraz zwiększa nabór. Na 2026 ustalono limit do 39 tys. osób w dobrowolnej zasadniczej służbie wojskowej, 40 tys. w terytorialnej służbie wojskowej i 13,5 tys. powołań do zawodowej służby wojskowej. Do tego dochodzą ogromne limity ćwiczeń rezerwy. Według danych Centralnego Wojskowego Centrum Rekrutacji zainteresowanie DZSW jest przy tym całkiem duże. Od 2023 ok. 59 tys. osób rocznie składało wnioski, a mniej więcej 40 tys. rzeczywiście rozpoczynało szkolenie.
Pokazuje to, że problem nie polega wyłącznie na tym, iż Polacy nie chcą służyć w wojsku. Chętnych jest sporo. Pytanie brzmi, ilu z nich można wyszkolić, ilu pozostanie w armii, a ilu po zakończeniu służby rzeczywiście stanie się użyteczną rezerwą. Patrząc z perspektywy ostatnich lat, nie jest to oszałamiająca liczba.
Brak kadr
Jeszcze ważniejsza jest jednak inna kwestia. Polska bardzo szybko zwiększa liczbę młodych żołnierzy, a wraz z tym rośnie zapotrzebowanie na doświadczoną kadrę. Nowy szeregowy nie wyszkoli kolejnego szeregowca. Potrzebny jest instruktor. A tych jest niewielu. Cały czas brakuje kilku tysięcy doświadczonych żołnierzy, którzy chcieliby uczyć kolejne pokolenia. Tutaj największym problemem jest nieumiejętność wykorzystania
Wzrost liczebności armii tworzy więc coś w rodzaju piramidy potrzeb. Każde dodatkowe tysiąc żołnierzy oznacza konieczność znalezienia ludzi, którzy będą ich szkolić i dowodzić nimi. Tego nie da się załatwić samym naborem.
Widać to również w strukturze obecnej armii. Na koniec 2025 zawodowa służba wojskowa liczyła ponad 165,5 tys. ludzi. W tej grupie było ponad 25,7 tys. oficerów, ponad 59 tys. podoficerów i ponad 70,7 tys. szeregowych. Samych podchorążych było ponad 9 tys. To pokazuje skalę wysiłku potrzebnego do rozbudowy korpusu oficerskiego i podoficerskiego.
I właśnie brak podoficerów może okazać się jednym z najważniejszych ograniczeń rozwoju armii. Polska może stosunkowo szybko kupić czołg. Może podpisać kontrakt na samoloty czy 96 Apache’y. Może zamówić pociski. Znacznie trudniej jest w ciągu kilku lat stworzyć odpowiednią liczbę doświadczonych dowódców drużyn, plutonów i kompanii.
Wojna na Ukrainie pokazuje zresztą, jak istotne są te pozornie mało efektowne elementy armii. Potrzebne są tysiące ludzi obsługujących rozpoznanie, bezzałogowce, logistykę, łączność, walkę elektroniczną, artylerię i obronę powietrzną. Straty trzeba uzupełniać. Sprzęt trzeba naprawiać. Jednostki trzeba szkolić. Ludzie muszą mieć możliwość odpoczynku i rotacji. Patrząc na stan polskich rezerw żołnierze pierwszej linii nie mają co liczyć na rozsądną rotację.
Brak rezerw
To jest kolejny problem. Polska chce mieć do 2039 roku 200 tys. rezerwistów. Nie chodzi przy tym o ludzi, którzy kiedyś przeszli przez krótkie szkolenie i od tego czasu nie mieli kontaktu z wojskiem. Rezerwa, która ma rzeczywiście zwiększyć zdolność mobilizacyjną państwa, musi być regularnie szkolona. Człowiek, który pięć czy dziesięć lat temu nauczył się obsługi konkretnej broni, może mieć niewielką wartość, jeśli przez ten czas nie miał kontaktu ani z jednostką, ani z nowym wyposażeniem.
To oznacza konieczność stworzenia ogromnego systemu szkolenia rezerw. Wojsko musi mieć instruktorów, poligony, sprzęt, amunicję i czas. A czas jest tutaj równie ważny jak pieniądze. Nie można jednocześnie prowadzić intensywnego szkolenia nowych żołnierzy, przygotowywać rezerwistów, szkolić nowych dowódców i utrzymywać wysokiej gotowości operacyjnej bez zwiększenia możliwości szkoleniowych armii.
W tym miejscu wracamy do zakupów sprzętu. Polska znajduje się bowiem w bardzo specyficznym momencie. Przez ostatnie lata największym problemem był brak nowoczesnego uzbrojenia. Teraz coraz częściej będzie nim zdolność do przyjęcia tego uzbrojenia przez wojsko. A w ostatnich latach już kilka razy było tak, że gotowy sprzęt stał na placach fabryk, bo nie było go komu odebrać i obsłużyć.
Nie oznacza to oczywiście, że Polska powinna zwolnić z zakupami. Wręcz przeciwnie. Wojna za wschodnią granicą pokazuje, że państwo, które nie ma odpowiednich zapasów uzbrojenia, amunicji i nowoczesnych systemów, nie może liczyć na to, że samo wyszkolenie żołnierzy wystarczy. Problem polega na tym, że oba procesy muszą rozwijać się równolegle.
Dlatego za kilka lat pytanie o stan polskiej armii nie powinno brzmieć wyłącznie o to, ile mamy Abramsów, K2, Borsuków, F-35 czy wyrzutni rakietowych? Znacznie ważniejsze będzie pytanie, ilu mamy ludzi, którzy potrafią ich używać.
Polska przekroczyła właśnie 220 tys. żołnierzy i jest to powód do zadowolenia. Jeszcze kilka lat temu taka liczba wydawała się odległym celem. Ale równocześnie państwo postawiło przed armią zadanie dojścia do 300 tys. żołnierzy czynnych i stworzenia 200-tysięcznej rezerwy. I to nie będzie łatwe.
Czytaj także:
