Za darmo nie dostali, to była prowokacja, najpierw trzeba wiedzieć, co się wydarzyło, nie wiadomo, co było wcześniej – argumentów jest wiele, ale wszystkie prowadzą do tego samego miejsca: zamiast zastanawiać się nad zachowaniem sprawcy, zaczynamy rozliczać ofiarę. To bardzo wygodny mechanizm. Jeżeli ktoś pobił Ukraińca, możemy oczywiście zapytać, co wydarzyło się wcześniej. Jeżeli doszło do awantury, trzeba ustalić jej przebieg. Jeżeli zaatakowany wcześniej użył przemocy, należy rozstrzygnąć, czy późniejsza reakcja mieściła się w granicach obrony koniecznej.
Zdjęcia: Policja Dolnośląska
I jak tu tak określić granice obrony koniecznej? Jeżeli przyjmiemy tę zasadę, że każda akcja rodzi reakcję, to musimy być konsekwentni. Człowiek, który obraził drugiego człowieka, może zostać pobity. Ktoś, kto powiedział coś o Wołyniu, może zostać pobity. Ktoś, kto słucha ukraińskiej muzyki, może zostać zaatakowany, bo przecież prowokował. Ktoś może zostać zwyzywany ze względu na narodowość, a potem jeszcze usłyszeć, że powinien był zachowywać się inaczej. Co ciekawe zdarzało się, że zostali pobici Polacy. Strach mówić w obcym języku.
Nic nie pamiętacie
To nie jest szczególnie nowa koncepcja. Przez stulecia ludzie znajdowali powody, dla których określonym osobom można było odebrać prawa przysługujące wszystkim pozostałym. Czasami decydowała narodowość, czasami religia, czasami poglądy polityczne, czasami przynależność społeczna. Zawsze jednak potrzebna była opowieść, która pozwalała przekonać innych, że człowiek, któremu odbiera się bezpieczeństwo lub godność, nie jest już po prostu człowiekiem, ale reprezentantem jakiejś grupy, a więc można go rozliczać za czyny, których sam nie popełnił.
Polacy powinni być na takie mechanizmy szczególnie wyczuleni. Znaczna część naszej pamięci historycznej opiera się przecież na doświadczeniu ludzi, których karano nie za konkretne czyny, lecz za to, kim byli, z jakiej rodziny pochodzili, jakie mieli poglądy albo za jaką sprawę uznano ich za odpowiedzialnych. Zaborcy nie musieli pytać każdego Polaka, czy osobiście uczestniczył w powstaniu. Wystarczyła przynależność narodowa. Represje po powstaniach, zsyłki, konfiskaty majątków czy późniejsze prześladowania miały sens właśnie dlatego, że jednostkę można było potraktować jako część zbiorowości, której przypisano winę. Dlatego, kiedy widzę koszulki Pamiętamy mam pewność, że jej nosiciel nic nie pamięta.

Tym bardziej dziwne jest, że dzisiaj niektórzy ludzie próbują dokładnie tę samą logikę stosować wobec innych nacji mieszkających w Polsce. Ukrainiec ma odpowiadać za politykę Ukrainy, tak samo jak Polak miałby odpowiadać za każdą decyzję polskiego rządu. Ukraińskie dziecko ma ponosić konsekwencje historii swojego narodu, choć urodziło się wiele lat po wydarzeniach, o których dyskutujemy. Człowiek słuchający ukraińskiej muzyki ma zostać potraktowany jak polityczny manifestant, ponieważ język piosenki zostaje uznany za deklarację polityczną.
Jeżeli ktoś uważa, że jest w tym sens, powinien odpowiedzieć na proste pytanie: gdzie właściwie kończy się odpowiedzialność zbiorowa? Czy Ukrainiec odpowiada za Wołyń? Czy Rosjanin odpowiada za Putina? Czy Polak odpowiada za każdą zbrodnię popełnioną przez Polaków? Czy można przyjąć, że człowiek powinien ponosić konsekwencje za coś tylko dlatego, że urodził się po odpowiedniej stronie granicy? Jeżeli odpowiemy twierdząco, wchodzimy na drogę, którą polska historia powinna nam wyjątkowo skutecznie obrzydzić.
Prawo do samosądów?
To jest granica, której nie powinniśmy przekraczać, zwłaszcza w sytuacji, gdy polsko-ukraińskie relacje są pełne realnych i trudnych problemów. Powinniśmy mówić o Wołyniu. Powinniśmy domagać się ekshumacji ofiar. Koniecznie powinniśmy krytykować ukraińską politykę historyczną, wypowiedzi polityków w Kijowie czy zachowanie konkretnych obywateli Ukrainy. Możemy uważać, że Polska powinna mocniej bronić swoich interesów. Możemy krytykować skalę polskiej pomocy dla Ukrainy albo przeciwnie – uważać, że była niewystarczająca. Możemy prowadzić bardzo ostrą debatę na każdy z tych tematów.

Nie wynika z tego jednak prawo do pobicia przypadkowego człowieka na ulicy. Nie wynika również prawo do wyzywania dziecka. Nie wynika prawo do grożenia pałką człowiekowi słuchającemu ukraińskiej muzyki. Nie wynika prawo do wymierzania prywatnej kary za rzekomą prowokację. Choćbyśmy nie wiadomo jak bardzo nienawidzili tego, co rząd Ukrainy robi. A mogę, jako Łemko, wymienić całą listę złych rzeczy, jakie systemowo robią władze w Kijowie.
Jeżeli ktoś zaatakuje nas fizycznie, możemy się bronić. Jeżeli ktoś nas obrazi, możemy odpowiedzieć. Jeżeli ktoś popełni przestępstwo, możemy zawiadomić policję i domagać się jego ukarania. Obrona konieczna nie jest jednak tym samym co odwet, a odwet nie jest tym samym co sprawiedliwość. To właśnie dlatego państwo prawa odbiera obywatelowi możliwość samodzielnego wymierzania kar. Nie dlatego, że państwo chce być słabe, ale dlatego, że tylko w ten sposób można uniknąć sytuacji, w której każdy człowiek staje się sędzią we własnej sprawie.
Najbardziej niepokojące jest więc nie to, że ktoś zachował się jak zwykły bandyta. Tacy ludzie byli zawsze i będą zawsze. Znacznie poważniejszy problem zaczyna się wtedy, gdy po takim zdarzeniu pojawia się tłumaczenie, że to była prowokacja albo że za darmo nie dostał. W tym momencie nie rozmawiamy już o odpowiedzialności konkretnego sprawcy, ale o społecznym przyzwoleniu na to, żeby przemoc można było usprawiedliwić odpowiednią historią. A tutaj bardzo zbliżamy się do nacjonalistycznych skrajności, co powinno włączyć nam dzwonki ostrzegawcze. Bo chyba nie chcemy być, jak hitlerowcy, prawda?
