Już jest standardową narracja Kremla i sterowanych przez niego trolli, że Ukraina jest państwem terrorystycznym, a za wszystkim stoją kierowani z Kijowa terroryści. Nie ma większego znaczenia, kim był zaatakowany, za co odpowiadał i czy zajmował się prowadzeniem wojny przeciwko Ukrainie. Sam fakt, że ktoś próbował go zabić poza linią frontu, wystarcza. W rosyjskiej propagandzie wojna najwyraźniej kończy się na granicy okopu.

Członkowie Sztabu Kedywu w czasie powstania warszawskiego: od lewej Jan Mazurkiewicz „Radosław”, Wacław Chojna „Horodyński”, nieznany powstaniec i Stanisław Wierzyński „Klara” / Autor nieznany – Z kolekcji L. Reidicha, domena publiczna
Jeżeli rosyjski generał siedzi w samochodzie, pracuje w sztabie albo porusza się po mieście, przestaje być wojskowym uczestnikiem wojny i staje się niewinną ofiarą terrorystów. To bardzo wygodne rozwiązanie, zwłaszcza dla państwa, którego armia od lat prowadzi wojnę na terytorium sąsiada. Problem pojawia się dopiero wtedy, kiedy tę samą definicję zastosujemy do historii. I nie trzeba szukać daleko. Wystarczy przypomnieć sobie Armię Krajową.
Zamach na Kutscherę
1 lutego 1944 żołnierze Kedywu wykonali w Warszawie wyrok na Franzu Kutscherze, dowódcy SS i Policji na dystrykt warszawski. Nie został zabity podczas wymiany ognia na froncie. Polacy obserwowali go, przygotowali zasadzkę i zaatakowali jego samochód w centrum Warszawy. Kutschera zginął. W sensie technicznym wszystko się zgadza z rosyjskim opisem „terrorystycznego zamachu”.
Był przecież konkretny człowiek, była zasadzka, była broń, był atak na ulicy i śmierć poza polem bitwy. Tyle że Kutschera nie był przypadkowym urzędnikiem ani cywilem, który znalazł się w niewłaściwym miejscu. Był jednym z ludzi odpowiedzialnych za niemiecki aparat okupacyjny i terror w Warszawie. Za jego kadencji odbywały się masowe egzekucje, łapanki i represje. Polskie Państwo Podziemne uznało go za człowieka odpowiedzialnego za zbrodnie i wydało na niego wyrok. Kedyw go wykonał.
I właśnie tutaj rosyjska definicja zaczyna się rozpadać. Bo jeżeli sam fakt przeprowadzenia zamachu na wojskowego lub funkcjonariusza przeciwnika poza linią frontu wystarcza, aby uznać akcję za terroryzm, to trzeba będzie przyjąć, że zamach na Kutscherę był akcją terrorystyczną. A jego wykonawcy byli terrorystami.
Likwidacja okupantów
Tyle że Kutschera nie był wyjątkiem. W kwietniu 1943 żołnierze AK wykonali wyrok na Hugo Dietzu, szefie niemieckiego Arbeitsamtu w Otwocku, człowieku odpowiedzialnym za kierowanie Polaków na roboty przymusowe w Rzeszy. Dietz został rozpoznany i zlikwidowany przez polskie podziemie.
Kilka miesięcy później żołnierze Kedywu zastrzelili Franza Bürkla, funkcjonariusza SS z Pawiaka, który zapisał się w pamięci więźniów jako wyjątkowo brutalny oprawca. W kwietniu tego samego roku przeprowadzono również zamach na Friedricha Wilhelma Krügera, jednego z najważniejszych przedstawicieli SS i policji w Generalnym Gubernatorstwie. Tym razem cel przeżył, choć został ciężko ranny.
Nie były to wyjątki ani przypadkowe ataki na ludzi, którzy znaleźli się pod ręką. Polskie podziemie rozpoznawało osoby należące do niemieckiego aparatu okupacyjnego, gromadziło informacje o ich działalności i próbowało je eliminować. Dla samego Kedywu Okręgu Warszawskiego mamy informację, że od grudnia 1943 do marca 1944 przeprowadzono prawie 40 skutecznych akcji likwidacyjnych.
Z kolei w Obwodzie Kieleckim w okresie zaledwie od stycznia do lipca 1944 r. wykonano około 100 wyroków, w Jędrzejowie w 1943 i pierwszej połowie 1944 r. – 64, a w Obwodzie Koneckim od stycznia do sierpnia 1944 r. – 72. Jeszcze lepiej skalę pokazuje Akcja „Główki”, rozpoczęta w 1943. Jej celem byli szczególnie brutalni funkcjonariusze niemieckiego aparatu terroru. Na liście znalazło się około 100 nazwisk, a w latach 1943-1944 wykonano w jej ramach kilkadziesiąt wyroków.
Czasami skutecznie, czasami nie. Była to część walki prowadzonej przez Polskie Państwo Podziemne z okupantem. Jeżeli jednak przyjąć rosyjską metodę opisywania takich działań, należałoby zmienić język całej tej historii na ten, jakim posługiwali się niemieccy okupanci.
Brzmi absurdalnie? Oczywiście. Właśnie dlatego warto stosować tę samą miarę wobec współczesnej wojny.
Putinowcy jak hitlerowcy
Problem rosyjskiej narracji nie polega na tym, że Rosjanie nie wiedzą, czym jest wojna. Problem polega na tym, że chcą odebrać przeciwnikowi prawo do prowadzenia jej wszędzie tam, gdzie Rosja czuje się bezpieczna. Wedle rosyjskiej propagandy generał jest wojskowym, dopóki znajduje się na froncie. Kiedy wyjeżdża do sztabu, wraca do domu albo porusza się po mieście, propaganda zaczyna przedstawiać go jako niemal cywila. Jeżeli zostanie zaatakowany, mamy terror.
Tymczasem wojna od dawna nie ogranicza się do okopów. Dowódcy, sztaby, centra dowodzenia, logistyka i ludzie odpowiedzialni za planowanie operacji są elementami aparatu wojennego. Nie trzeba być na pierwszej linii, żeby uczestniczyć w wojnie. To zresztą doskonale rozumieli Niemcy podczas okupacji Polski. Dlatego polskie podziemie nie czekało, aż każdy funkcjonariusz odpowiedzialny za represje pojawi się z karabinem w ręku na froncie. Kutschera nie musiał stać w okopie, żeby być członkiem personelu aktywnie walczącego przeciwko Polsce. Krüger nie musiał dowodzić atakiem z pierwszej linii. Bürkl nie musiał walczyć z polskimi partyzantami. Ich rola w okupacji wystarczała.
Oczywiście nie oznacza to, że każde zabójstwo dokonane podczas wojny jest automatycznie legalnym działaniem wojennym. To byłoby równie głupie uproszczenie. Znaczenie ma status celu, jego rola, charakter operacji i sposób jej przeprowadzenia. Atak na cywilów jest czymś innym niż próba wyeliminowania dowódcy wojskowego. Atak na przypadkowych ludzi jest czymś innym niż akcja wymierzona w osobę odpowiedzialną za prowadzenie wojny albo zbrodnie przeciwko okupowanemu krajowi.
Jednak po każdym rosyjskim płaczu nad „ukraińskim terroryzmem” warto przypomnieć sobie Kutscherę. Nie dlatego, że każda współczesna operacja ukraińska jest automatycznie identyczna z akcjami Kedywu. Nie jest. Chodzi o coś znacznie prostszego. Jeżeli rosyjska propaganda chce dyskutować o terroryzmie, niech najpierw zdefiniuje, o czym właściwie mówi. Jeżeli zaś jej definicja brzmi: „zamach na naszego wojskowego poza frontem”, to problem jest poważny. Zwłaszcza, że do dziś pamiętamy wstrząsające zdjęcia z 2022. Ciała cywilów zmasakrowanych w Irpieniu i w Buczy, samochody z wielkim napisem „dzieci” ostrzelane w taki sposób żeby na pewno trafić w pasażerów o niższym wzroście czy też ukraińskich jeńców wracających z rosyjskiej niewoli w stanie, który można porównać jedynie ze zdjęciami więźniów obozów koncentracyjnych…
Według takiego rosyjskiego kryterium żołnierze AK również byli terrorystami. I nie chodzi tu o zabawę w historyczne etykietki. Chodzi o pokazanie, jak absurdalna jest definicja, w której człowiek prowadzący wojnę przeciwko innemu państwu, łamiąc wszelkie konwencje, staje się niewinnym cywilem tylko dlatego, że przeciwnik dopadł go kilkaset kilometrów od linii frontu.
Prorosyjscy agenci mogą oczywiście trzymać się swojej wersji. Tyle że wtedy trzeba będzie konsekwentnie przepisać również polską historię. Kutschera nie będzie już niemieckim zbrodniarzem zlikwidowanym przez Kedyw, tylko ofiarą terrorystycznego zamachu. Żołnierze AK przestaną być podziemną armią walczącą z okupantem, a staną się terrorystami. Można tak zrobić. Tylko trzeba mieć świadomość, że przy okazji rosyjska propaganda zacznie mówić o Armii Krajowej dokładnie tym językiem, którym dzisiaj opisuje ukraińskich żołnierzy. I wtedy pozostaje już tylko jedno pytanie: czy naprawdę o to im chodzi?
