Trwa tegoroczna kwalifikacja wojskowa. W 2026 ma ona rekordową skalę – przed komisjami ma stanąć około 235 tysięcy osób. To przede wszystkim mężczyźni z rocznika, który kończy 19 lat, ale także osoby ze starszych roczników, które nie mają uregulowanego statusu wobec wojska, oraz kobiety posiadające kwalifikacje przydatne w systemie obronnym państwa. Procedura potrwa do końca kwietnia i obejmie wszystkie powiaty w kraju (Sztab Generalny: Kwalifikacja wojskowa to symbol wejścia w dorosłość).
Zdjęcie: Dowództwo Wojsk Obrony Terytorialnej
Dla większości młodych ludzi jest to pierwszy i często jedyny kontakt z systemem mobilizacyjnym państwa. Komisja lekarska ocenia stan zdrowia, przyznaje kategorię zdolności do służby i wpisuje obywatela do ewidencji wojskowej. W efekcie dziewiętnastolatek trafia do zasobów osobowych sił zbrojnych, a w praktyce do szeroko rozumianej rezerwy.
W teorii system wygląda racjonalnie. Państwo sprawdza stan zdrowia młodego rocznika, klasyfikuje zdolność do służby i na tej podstawie buduje potencjalne zaplecze mobilizacyjne. Problem polega na tym, że w ogromnej większości przypadków jest to ocena jednorazowa.
Kategoria zdrowia przyznana podczas kwalifikacji bardzo często pozostaje w dokumentach wojskowych przez następne dwadzieścia czy trzydzieści lat bez jakiejkolwiek weryfikacji.
W praktyce oznacza to, że kwalifikacja wojskowa jest momentem, w którym państwo raz ocenia zdolność zdrowotną obywatela. a następnie przez dekady zakłada, że nic się w tej kwestii nie zmieniło. A sam jestem najlepszym przykładem, że kategoria A przyznana 20 lat temu, dziś byłaby bardzo na wyrost.
Kluczowy element systemu obronnego
Wiadomo, że wojny wygrywają rezerwiści, to nie jest jakaś nowość. Wystarczy spojrzeć na to, co się dzieje na Ukrainie. Potrzebne są rezerwy osobowe, które pozwalają szybko zwiększyć liczebność sił zbrojnych, uzupełniać straty i tworzyć nowe jednostki. Dlatego wiele państw europejskich ponownie zaczęło poważnie traktować system mobilizacyjny.
Polska również postanowiła odbudować rezerwy osobowe. Ostatnie lata przyniosły rozwój dobrowolnej zasadniczej służby wojskowej, wzrost liczebności Wojsk Obrony Terytorialnej oraz próby uporządkowania systemu szkolenia rezerwistów. Jednocześnie warto pamiętać, że liczby widniejące w ewidencji wojskowej nie zawsze odzwierciedlają realny potencjał mobilizacyjny.
Rezerwista w sensie administracyjnym to osoba wpisana do systemu i posiadająca kategorię zdrowia pozwalającą na powołanie. Nie oznacza to jednak automatycznie, że po kilkunastu czy kilkudziesięciu latach nadal spełnia podstawowe wymagania fizyczne potrzebne do pełnienia służby.
W czasach zimnej wojny Polska utrzymywała ogromne zasoby mobilizacyjne. Ewidencja obejmowała miliony osób, a armia była przygotowana do mobilizacji na skalę masową. W takich warunkach niedokładność danych nie była aż tak istotna. Nawet jeśli część rezerwistów była w rzeczywistości niezdolna do służby, system wciąż dysponował bardzo dużą nadwyżką.
Dzisiejsza sytuacja wygląda inaczej. Armia jest znacznie mniejsza, społeczeństwo starzeje się, a liczebność kolejnych roczników spada. W takich warunkach wiedza o rzeczywistym stanie zasobów osobowych nabiera znacznie większego znaczenia.
Zdjęcie: Wojskowe Centrum Rekrutacji w Krakowie
Kategorie zdrowia sprzed dwóch dekad
Największym problemem obecnego systemu pozostaje fakt, że kategoria zdolności do służby jest w praktyce nadawana raz na całe życie. Otrzymuje się ją podczas kwalifikacji wojskowej i w zdecydowanej większości przypadków nikt już do niej nie wraca. W efekcie czterdziestoletni dziś rezerwista bardzo często posiada dokładnie tę samą kategorię zdrowia, którą przyznano mu w wieku dziewiętnastu lat. Przez ponad dwadzieścia lat nikt nie sprawdzał, czy jego stan zdrowia uległ zmianie.
A przecież w tym czasie wydarzyć się może bardzo wiele. Wypadki komunikacyjne, urazy w pracy, operacje ortopedyczne, choroby przewlekłe czy zwykłe problemy z kręgosłupem to doświadczenia milionów ludzi w wieku, no umówmy się już w miarę średnim. W dokumentach wojskowych nadal jednak figurują jako osoby w pełni zdolne do służby.
Nie chodzi tu o marginalne przypadki. W praktyce w ewidencji wojskowej znajdują się osoby z kategorią A, które w rzeczywistości mają poważne ograniczenia zdrowotne. Ktoś mógł stracić sprawność kolana po wypadku, mieć poważne problemy z kręgosłupem albo chorobę, która wyklucza wysiłek fizyczny. Z punktu widzenia dokumentów wojskowych nadal jest jednak pełnowartościowym rezerwistą.
Taki system prowadzi do oczywistego rozdźwięku między stanem ewidencyjnym a rzeczywistym potencjałem mobilizacyjnym. Armia może mieć na papierze określoną liczbę rezerwistów, ale w sytuacji realnej mobilizacji szybko okazałoby się, że część z nich nie spełnia podstawowych wymagań zdrowotnych.
Dlatego warto zadać sobie pytanie, czy nie należałoby wprowadzić okresowej weryfikacji stanu zdrowia osób znajdujących się w zasobach mobilizacyjnych. Nie musiałoby to oznaczać skomplikowanych i kosztownych badań. Wystarczyłoby choćby przyjęcie zasady, że co dziesięć lat rezerwista przechodzi uproszczoną procedurę aktualizacji danych medycznych.
Taki mechanizm pozwoliłby przede wszystkim uporządkować ewidencję. Państwo wiedziałoby, ilu rezerwistów rzeczywiście nadaje się do służby liniowej, ilu może pełnić zadania pomocnicze, a ilu w praktyce nie powinno już figurować w planach mobilizacyjnych.
W momencie, gdy Polska coraz poważniej mówi o budowaniu potencjału obronnego i przygotowaniu na scenariusze kryzysowe, taka wiedza powinna być podstawą planowania. System mobilizacyjny nie może opierać się na danych sprzed dwudziestu lat. Jeśli armia chce wiedzieć, jakim potencjałem rezerw dysponuje, musi go od czasu do czasu po prostu sprawdzić.
Czytaj także:
