Sojusznicy z NATO obrali inny kierunek nie dlatego, że Europa nagle obraziła się na Waszyngton. Nie dlatego, że ktoś postanowił prowadzić politykę wymierzoną w Stany Zjednoczone. Powód jest znacznie bardziej przyziemny. Europejczycy zaczęli zadawać pytanie, którego przez lata często nie zadawano: czy amerykański sprzęt rzeczywiście jest najlepszym wyborem? I coraz częściej odpowiedź brzmi: :”to skomplikowane”.
A330 MRTT i A400M / Grafika: Airbus Defence and Space
Najlepszym przykładem jest program samolotów tankowania powietrznego. Jeszcze kilka lat temu wydawało się oczywiste, że Boeing KC-46A Pegasus stanie się światowym standardem, podobnie, jak jego poprzednik. Tymczasem kolejne państwa wybierają europejskiego Airbusa A330 MRTT.
Powód nie jest skomplikowany. Airbus oferuje dojrzałą konstrukcję, która zdążyła udowodnić swoją wartość w służbie kilkunastu państw. Boeing przez lata zmagał się z problemami technicznymi, od wad systemu RVS odpowiedzialnego za tankowanie, po opóźnienia po rozpoczęciu dostaw. Program, który miał być wizytówką Boeinga, stał się dla producenta jednym z najbardziej kosztownych przedsięwzięć ostatnich lat.
Podobnie wygląda sytuacja z samolotami wczesnego ostrzegania. Jeszcze dekadę temu naturalnym następcą wysłużonych AWACS-ów wydawał się kolejny amerykański projekt. Tymczasem coraz większe zainteresowanie budzi Saab GlobalEye. Oferuje nowoczesne sensory, znacznie niższe koszty eksploatacji i platformę biznesowego odrzutowca, która jest tańsza w utrzymaniu niż wielkie Boeingi E-3 Sentry. Dla państw, które nie planują prowadzić globalnych operacji, tylko działają lokalnie, taka konstrukcja zwyczajnie ma więcej sensu.
GlobalEye / Zdjęcie: Radosław Niesobski, MILMAG
Ameryka przedobrzyła?
Najbardziej symboliczna pozostaje jednak dyskusja wokół F-35. Samolot pozostaje jedną z najbardziej zaawansowanych konstrukcji bojowych świata i w wielu zadaniach nie ma sobie równych. Problem polega na tym, że jego możliwości mają swoją cenę. Coraz wyższą. Koszty zakupu, utrzymania infrastruktury, obsługi logistycznej i eksploatacji powodują, że nie każde państwo stać taki rachunek. Zwłaszcza jeśli nie zamierza prowadzić operacji pierwszego dnia wojny przeciwko równorzędnemu przeciwnikowi. Stąd wątpliwości choćby w Kanadzie.
Dlatego Ottawa zaczyna patrzeć na Gripena E z zupełnie innej perspektywy niż jeszcze kilka lat temu. Szwedzki myśliwiec nie oferuje technologii stealth, i nie jest tak „multidomenowy”, ale jest znacznie tańszy, łatwiejszy w obsłudze i projektowany z myślą o funkcjonowaniu w trudnych i bardziej prymitywnych warunkach eksploatacyjnych. Dla wielu sił powietrznych taki kompromis okazuje się bardziej racjonalny niż zakup najdroższego, wielozadaniowego samolotu na rynku. Dlatego Kanadyjczycy zastanawiają się nad ograniczeniem amerykańskiego zamówienia i dokupieniem europejskich maszyn.
To samo widać w lotnictwie transportowym. Jeszcze niedawno wiele państw rozważało zakup kolejnych amerykańskich maszyn. Tymczasem coraz częściej wybór pada na A400M. Owszem, program Airbusa miał wyjątkowo trudny początek, ale większość problemów została rozwiązana. Pomimo wysokiej ceny, A400M oferuje większy udźwig, większy zasięg, możliwość tankowania innych statków powietrznych i znacznie szerszy zakres zastosowań niż amerykańskie propozycje. Jeżeli państwo potrzebuje nowego, wielozadniowego samolotu transportowego, europejska konstrukcja coraz częściej okazuje się po prostu bardziej opłacalna.
JAS 39E Gripen / Zdjęcie: Saab Defence and Security
Europocentryzm
Do tego dochodzi jeszcze jeden element, którego przez lata nie doceniano. Kupując europejski sprzęt, pieniądze pozostają w europejskiej gospodarce. Pracują dla zakładów w Hiszpanii, Francji, Niemczech, Szwecji czy Włoszech. Tworzą miejsca pracy, rozwijają technologie i zwiększają zdolności produkcyjne, które w razie kryzysu mogą okazać się równie ważne jak sam zakup uzbrojenia.
Nie oznacza to, że amerykański przemysł obronny traci pozycję lidera. Nadal dysponuje ogromnym potencjałem technologicznym i oferuje rozwiązania, których Europa często nie jest w stanie zastąpić. Patriot, HIMARS, SM-6, Tomahawk czy F-35 pozostają produktami wyznaczającymi standardy w swoich klasach. Zmieniło się jednak coś znacznie ważniejszego.
Przez lata wystarczyło, że na sprzęcie widniał napis Made in USA, a wielu europejskich decydentów klepało umowy bez zastanowienia i uznawało sprawę za zamkniętą. Dzisiaj ten napis nie gwarantuje już zwycięstwa w przetargu. Liczą się cena, terminy dostaw, dostępność części zamiennych, koszty eksploatacji, możliwości własnego przemysłu, realne potrzeby użytkownika i skrócony łańcuch dostaw.
I być może właśnie to jest największa zmiana ostatnich lat. Nie odwrót Europy od Stanów Zjednoczonych, lecz koniec epoki, w której amerykański sprzęt wygrywał jeszcze przed rozpoczęciem konkursu ofert. I dobrze, bo Europa nie ma się czego wstydzić i powinna zacząć ufać swoim możliwościom, stając się bardziej partnerem niż klientem wielkiego brata zza oceanu, czego zresztą domaga się sam prezydent USA, Donald Trump…
Czytaj także:
- Politycy kontra armia, czyli krótka historia polskiej modernizacji
- Przelot F-35. Nie tylko pokazy i polityczne bitwy
- SAFE. Gdzie się podział PiS i niemieckie fabryki?
- Amerykańscy żołnierze w Polsce, czyli gra prezydenta Trumpa
- Jak polski przemysł zarobi na SAFE sojuszników?
- Trump grozi. Dania nie odda Grenlandii bez walki
- Kormoran II. Hit, który powinniśmy sprzedawać!
- Orka dopływa do portu. Wejście nie jest jednak łatwe
- Trump to biznesmen. Największym wygranym wojny jest amerykański przemysł
- Trump udowadnia, że Europa musi sama o siebie zadbać
