Przez osiem lat rządów Prawa i Sprawiedliwości środowisko zajmujące się obronnością wielokrotnie słyszało, że tajemnica jest wartością samą w sobie. Ministerstwo Obrony Narodowej pod kierownictwem Antoniego Macierewicza, a później Mariusza Błaszczaka, konsekwentnie ograniczało dostęp do informacji.
Zdjęcie: Jakub Link-Lenczowski, MILMAG
Dziennikarze miesiącami czekali na odpowiedzi na pytania. Dane dotyczące zakupów uzbrojenia stawały się tajemnicą, nawet jeśli nie miały żadnego znaczenia z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa. O szczegółach programów modernizacyjnych opinia publiczna dowiadywała się często z zagranicznych publikacji albo z dokumentów producentów.
Po wyborach usłyszeliśmy, że to się skończy. Zapowiadano nową jakość, większą przejrzystość i odbudowę zaufania. Władysław Kosiniak-Kamysz mówił o zmianie sposobu funkcjonowania resortu. Szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, gen. Wiesław Kukuła, przekonywał, że wojsko ma być bliżej społeczeństwa (Nowa polityka informacyjna Ministerstwa Obrony Narodowej).
Miłe kiepskiego początki
Na początku rzeczywiście można było odnieść wrażenie, że coś drgnęło. Pojawiło się więcej briefingów, część informacji zaczęła trafiać do mediów szybciej, a kontakt z resortem sprawiał wrażenie bardziej otwartego. Sam się na to nabrałem. Tyle że ten okres trwał zaskakująco krótko. Dzisiaj trudno oprzeć się wrażeniu, że wróciliśmy dokładnie do tego samego modelu, który jeszcze niedawno obecni rządzący tak chętnie krytykowali (Miała być nowa polityka informacyjna MON. Wyszło jak zwykle, Tajne przez poufne. Obsesja tajemnicy w MON).
Najlepszym przykładem jest podpisanie umowy na realizację programu Orka. To jedno z najszerzej komentowanych przedsięwzięć modernizacyjnych polskich sił zbrojnych od wielu lat. Zakup okrętów podwodnych będzie kosztował dziesiątki miliardów złotych i będzie miał wpływ na zdolności Marynarki Wojennej przez następne trzy dekady. To program, który budzi równie duże zainteresowanie ekspertów, wojskowych i opinii publicznej.
I właśnie na podpisanie tej umowy nie akredytowano praktycznie żadnych dziennikarzy branżowych. Informacje do redakcyjnych skrzynek trafiły w ostatniej chwili. A dziennikarze będący na listach mailingowych MON zostali potraktowani inaczej niż ci akredytowani w KPRM. Ten bałagan spowodował konsternację w środowisku eksperckim. Ludzie, którzy poświęcili lata tej tematyce, zostali odprawieni z kwitkiem, a podpisanie umowy relacjonowały głównie redakcji mainstreamowe.
Trudno się dziwić frustracji całej branży. Chcieliśmy zadać wiele pytań. Jak skonfigurowane będą okręty? Jakie uzbrojenie znajdzie się na ich pokładach? Jaki będzie zakres transferu technologii? Ile prac zostanie wykonanych w Polsce? Jak wygląda harmonogram dostaw? Czy pierwszy okręt będzie faktycznie ukończony w 2030? Jakie będą koszty eksploatacji? W jaki sposób rozwiązano problem szkolenia załóg? I w końcu, czy kwota kontraktu jest brutto czy też netto? Na większość tych pytań odpowiedzi nie padły. Po raz kolejny poczuliśmy się zignorowani.
W zamian dostaliśmy kilka sloganów o wzmacnianiu bezpieczeństwa państwa, kilka zdań o historycznej chwili i kilka fotografii uśmiechniętych polityków. Treści było w tym niewiele.
Najwyraźniej uznano, że podatnik powinien cieszyć się samym faktem zakupu futurystycznych okrętów podwodnych… Wiedza o tym, na co dokładnie zostały przeznaczone środki, to dla mainstreamu rzecz drugorzędna, więc szczegóły nie padły.
Prawo do wiedzy
To zresztą nie pierwszy raz, gdy taka sytuacja ma miejsce. Poprzednim, równie spektakularnym przykładem było rozesłanie zaproszeń do redakcji na ceremonię powitania samolotów F-35A Husarz w Łasku na około 3 godziny przed rozpoczęciem wydarzenia. Rozumiemy, że aby być na czas i przejść wcześniejsze procedury bezpieczeństwa, samochody redakcyjne miały pędzić autostradą prawie 200 km/h i służby prasowe MON nie widzą w tym nic dziwnego?
To smutny standard ostatnich lat. Dziennikarze są zapraszani na uroczystości w Kraśniku, Skarżysku, Gdańsku czy Nowej Dębie w godzinach wieczornych dnia poprzedzającego poranne wydarzenia. Z jednej strony oczekuje się od nas, że będziemy na miejscu rzetelnie informować, a z drugiej traktuje się nas z lekceważeniem.
Dodatkowo nie chodzi o ujawnianie informacji niejawnych. Nikt rozsądny nie oczekuje publikowania parametrów sonarów, charakterystyk radarowych samolotów czy danych dotyczących systemów walki. Problem polega na tym, że w Polsce coraz częściej pod hasłem bezpieczeństwa ukrywa się informacje, które w większości państw NATO są normalnie dostępne.
Departament Obrony USA i Departament Stanu publikują komunikaty zawierające wartość umów, zakres zamówienia, harmonogram realizacji oraz podstawowe informacje techniczne. Dziennikarze mogą zadawać pytania. Eksperci analizują odpowiedzi. Kongres kontroluje wydatki.
Podobnie dzieje się w Niemczech. Bundestag otrzymuje szczegółowe materiały dotyczące największych zakupów do zatwierdzenia przez komisję budżetową (Haushaltsausschuss). Federalne Ministerstwo Obrony informuje opinię publiczną o przebiegu programów modernizacyjnych. Oczywiście istnieją informacje niejawne, ale nikt nie próbuje przekonywać obywateli, że tajemnicą powinno być wszystko. Tymczasem w Polsce coraz częściej obowiązuje zasada odwrotna. Jawne jest tylko to, czego nie uda się ukryć.
Najbardziej irytujące jest jednak to, że obecna ekipa jeszcze niedawno sama krytykowała taki model działania. Przypomnijmy sobie wszystkie deklaracje o odbudowie standardów państwa. O transparentności. O dialogu z mediami. O końcu propagandy. Co z tego zostało? Zaproszenie na poranną konferencję prasową rozesłane o godzinie 19:50 dnia poprzedniego.
Powrót do betonowania
Dzisiaj komunikaty przypominają materiały promocyjne, a konferencje prasowe coraz częściej służą wygłaszaniu przygotowanych wcześniej oświadczeń zamiast rozmowie z dziennikarzami. Materiały graficzne generowane przez AI pokazują takie kwiatki jak dwusilnikowe F-35A i AHS Krab z koreańską haubicą K9.
Tym bardziej zastanawia zachowanie resortu w sprawie samej Orki. Od dawna wiadomo, że wybór nie był oczywisty. W środowisku Marynarki Wojennej preferencje dotyczące oferentów wyglądały inaczej niż ostateczna decyzja polityczna. Dlatego należało szczegółowo wyjaśnić przesłanki wyboru. Pokazać analizy. Przedstawić argumenty. Wytłumaczyć, dlaczego zdecydowano się właśnie na takie rozwiązanie. Tego również zabrakło.
Oczywiście, dziennikarze mają swoje dojścia, jednak czym innym jest kapanie kuluarowymi informacjami, a czym innym oficjalne, klarowne przedstawienie procesu decyzyjnego, który stał za wyborem tego konkretnego rozwiązania.
Najwyraźniej praca w resorcie ma pewne magiczne właściwości. Człowiek siedzący po stronie opozycji widzi potrzebę jawności. Ten sam człowiek po przeprowadzce do gabinetu ministra nagle odkrywa, że najlepszą odpowiedzią na pytania jest cisza lub wygenerowane przez AI ogólniki, jak miało to miejsce podczas komunikowania historycznych zakupów w ramach programu SAFE. Ktoś chyba uznał, że ministerialne social media to bezpieczniejszy środek komunikacji niż niezależne redakcje, które mają kompetencje, aby poddać analizie krytycznej decyzje polityków i wojskowych.
Nie tak chyba miało wyglądać usprawnienie i uczłowieczenie komunikacji w resorcie obrony. Nie tak miała wyglądać odbudowa zaufania. Nie tak miało wyglądać państwo, które miało być lepsze od poprzedniego.
Czytaj także:
