Amerykański przywódca poinformował na platformie społecznościowej Truth Social, że Stany Zjednoczone wyślą do Polski dodatkowych 5000 żołnierzy. Czy aby jednak na pewno są to dodatkowi żołnierze? Czy też, dawno zaplanowana, rotacja amerykańskiej brygady po prostu odbędzie się zgodnie z tym, jak to zaplanowano? Na taki rozwój sytuacji wydawało się nas przygotowywać Ministerstwo Obrony Narodowej po spotkaniu z z gen. Christopherem Mahoneyem, wiceprzewodniczącym Kolegium Połączonych Szefów Sztabów Sił Zbrojnych USA (Oświadczenie strony amerykańskiej ws. obecności wojsk USA w Europie).

Zdjęcie: Truth Social
Najważniejsze jest to, że nie ma żadnej decyzji o zmniejszeniu obecności wojsk amerykańskich w Polsce. Od początku uspokajałem sytuację i mówiłem, że nie zapadły takie decyzje. Wczoraj zostało to oficjalnie potwierdzone przez stronę amerykańską. Prowadzimy spokojną, racjonalną i strategiczną politykę współpracy – nie opartą na emocjach czy chwilowych wydarzeniach. Żaden szum informacyjny nie zakłóci tych relacji. W opublikowanym oświadczeniu jasno wskazano, że decyzje podejmowane w Stanach Zjednoczonych mogą jedynie tymczasowo opóźnić rozmieszczenie części sił USA w Polsce. Nie chodzi o redukcję obecności, ale o przejściowe wstrzymanie związane z procesem planistycznym. Polska pozostaje modelowym sojusznikiem – mówił 20 maja wicepremier i szef resortu obrony Władysław Kosiniak-Kamysz.
Jednak pomimo optymistycznych informacji, które wydają się płynąć z Waszyngtonu, perturbacja podczas rotacji amerykańskich oddziałów na wschodnią flankę NATO jest wydarzeniem znacznie ważniejszym niż to politycy i część komentujących próbują dziś przedstawiać. Nie dlatego, że kilka tysięcy żołnierzy, którzy dotrą z opóźnieniem, automatycznie zmienia równowagę militarną w Europie. Problem leży gdzie indziej. Polska dostała od Waszyngtonu sygnał, że nawet najbardziej lojalny sojusznik, jeśli nie dorównuje znaczeniem Ameryce, zawsze będzie postrzegany w perspektywie szerszych, globalnych interesów USA i trudno mu będzie liczyć na to, aby stać się głównym punktem odniesienia polityki supermocarstwa.
Ta nauczka jest szczególnie bolesna dla obecnej klasy politycznej, która przez ostatnią dekadę budowała całą swoją narrację bezpieczeństwa wokół wyjątkowych relacji ze Stanami Zjednoczonymi. Polska miała być najbliższym sojusznikiem USA w Europie, państwem wzorcowo realizującym oczekiwania Waszyngtonu, kupującym amerykański sprzęt bez większych sporów politycznych i finansowych, utrzymującym wysokie wydatki obronne oraz konsekwentnie wspierającym amerykańską obecność wojskową.
Problem polega na tym, że Waszyngton najwyraźniej nie postrzega tej relacji w równie emocjonalny sposób. Polska zrobiła dla amerykańskiej obecności wojskowej bardzo dużo. Wręcz padała na kolana przed Wujem Samem. Finansowano rozbudowę infrastruktury dla US Army, przygotowywano magazyny sprzętu, lotniska, centra logistyczne i poligony. Utrzymanie wojsk amerykańskich kosztuje polskiego podatnika ponad 550 mln zł rocznie.
Jakby było mało Warszawa zdecydowała się na gigantyczne zakupy uzbrojenia w USA. Do Polski trafiają właśnie samoloty F-35A, śmigłowce AH-64E Apache oraz czołgi M1 Abrams. Co równie istotne, większość tych zakupów realizowana jest w modelu bardzo korzystnym dla strony amerykańskiej. Kredyty, oprocentowanie, bazowanie na amerykańskim serwisie, częściach zamiennych i systemach wsparcia powodują, że Polska związała swoje siły zbrojne z USA na dekady.
Warszawa zakładała przy tym, że tak daleko idąca lojalność polityczna i finansowa przełoży się na szczególny status Polski w relacjach z Waszyngtonem. Tymczasem wydarzenia ostatnich tygodni pokazują coś innego. W polityce amerykańskiej wydajemy się być postrzegani nie jako samodzielny, ważny element układanki, tylko jako część Europy. A dopiero ta ostatnia może, w całości zasługiwać na miano godnego partnera (bądź adwersarza?) dla Donalda Trumpa. Nawet ponoć znakomite relacje Karola Nawrockiego i Donalda Trumpa na niewiele pomogły. Oczywiście Polska i Rumunia bardzo głęboko współpracują militarnie z Pentagonem co jednak z perspektywy USA wydaje się być bardziej dźwignią wewnątrz UE, niż uznanie tych dwóch krajów za kluczowych partnerów w polityce transatlantyckiej. Trump rozmawia z Europą, a nie z małym, choć strategicznie położonym, państwem…
Rotacja amerykańskiej brygady została opóźniona praktycznie w trakcie realizacji. Część żołnierzy była już przemieszczana do Europy, trwały przygotowania logistyczne. Trudno dziś rozstrzygać co się wydarzyło, choć zamieszanie wydaje się być pokłosiem polityki wewnętrznej Pentagonu, który szuka oszczędności poprzez bardziej efektywne zarządzanie swoimi jednostkami. Jednak nawet nie to jest głównym problemem. Znacznie bardziej niepokojący jest wymiar polityczny tej sytuacji (USA wstrzymują rotację żołnierzy do Polski? MON zaprzecza).
Cały proces odbywał się bez właściwego poinformowania sojuszników na wschodniej flance NATO. Dodatkowo dziś Donald Trump wspomina o wysłaniu dodatkowych 5000 żołnierzy, co rodzi dalsze pytania: jeśli to planowana od dawna rotacja, to skąd ci dodatkowi żołnierze? A może faktycznie rotację skasowano i planuje się przysłać amerykańskie jednostki w ramach zupełnie nowego formatu? Nic dziwnego, że w ostatnich dniach w Polsce panowała konsternacja. Opinia publiczna zadawała pytania, a politycy poszukiwali odpowiedzi, bo w kuluarach się mówi, że ani rząd, ani prezydent nic o wstrzymaniu rotacji nie wiedzieli.
Spotkanie Prezydenta Karola Nawrockiego z żołnierzami 598. Brygady Transportowej US Army w Gdyni, 17 października 2025 / Zdjęcie: Mikołaj Bujak, Kancelaria Prezydenta RP
Brutalne zderzenie z wielką polityką
Prezydent Karol Nawrocki niedawno publicznie podkreślał swoje bardzo dobre relacje z Donaldem Trumpem i przedstawiał je jako jeden z filarów polskiego bezpieczeństwa. Jednak ostatnio w Warszawie zapanowała nerwowość, pojawiły się sprzeczne komunikaty, a nieoficjalnie zaczęto mówić, że polska strona przez dłuższy czas nie była w stanie uzyskać jednoznacznych odpowiedzi z Waszyngtonu.
To zresztą nie jest wyłącznie problem Polski. Administracja Trumpa coraz wyraźniej pokazuje, że relacje sojusznicze traktuje w sposób czysto transakcyjny. Liczą się koszty, bieżące interesy i możliwość uzyskania określonych zachowań politycznych. Państwa europejskie mają kupować amerykański sprzęt, zwiększać wydatki obronne i przejmować większą część ciężaru bezpieczeństwa kontynentu. Jednocześnie Waszyngton chce zachować możliwość ograniczania swojej obecności wojskowej wtedy, gdy uzna to za wygodne politycznie lub finansowo.
Przez dekady Europa przyzwyczaiła się do sytuacji, w której obecność wojsk USA była traktowana jako trwały element architektury bezpieczeństwa. Nawet jeśli zmieniały się administracje, kierunek strategiczny pozostawał stabilny. Tymczasem obecna polityka amerykańska zaczyna przypominać zarządzanie globalnym portfelem interesów, w którym poszczególne regiony konkurują o uwagę Waszyngtonu. A Europa traci na znaczeniu dla Białego Domu.
Amerykocentryzm
Warto też zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt całej sytuacji. Polska polityka bezpieczeństwa została w ostatnich latach zbudowana niemal całkowicie wokół osi amerykańskiej. Relacje z europejskim przemysłem obronnym często schodziły na dalszy plan, zaniedbywano rozwój części własnych zdolności przemysłowych, jak w przypadku śmigłowców, a ogromne środki finansowe kierowano głównie do amerykańskich koncernów.
Oczywiście część tych zakupów była uzasadniona operacyjnie. F-35A czy AH-64E to bardzo nowoczesne systemy uzbrojenia. Problem polega jednak na tym, że Warszawa najwyraźniej uwierzyła, iż sam poziom zakupów gwarantuje polityczny wpływ na to, jak USA będzie traktować Polskę w kontekście globalnym.
Historia relacji Stanów Zjednoczonych z sojusznikami pokazuje, że zainwestowanie miliardów za oceanem nie oznacza automatycznej gotowości do traktowania odbiorcy jako równorzędnego partnera politycznego.
I właśnie to powinno być dla Warszawy najważniejszą lekcją ostatnich tygodni. Polska nadal potrzebuje silnych relacji ze Stanami Zjednoczonymi, rotacja się najprawdopodobniej odbędzie, ale musimy wreszcie zacząć budować politykę bezpieczeństwa bardziej realistycznie i mniej emocjonalnie. Sojusze nie opierają się na deklaracjach o przyjaźni, wspólnych zdjęciach i politycznym marketingu. Opierają się na trwałej zgodności interesów.
Dlatego warto wrócić do przełomu lat 1990. i 2000, kiedy budowa relacji transatlantyckich (i euroatlantyckich) nie sprowadzała się do publikacji memów, a stanowiła wielopoziomową, pogłębioną debatę. Zarówno na poziomie politycznym, jak i instytucji eksperckich i ośrodków naukowych. Kluczem do sukcesu jest wzajemne zrozumienie a nie zaklinanie rzeczywistości.
Stoję i będę stać na straży sojuszu polsko-amerykańskiego – ważnego filaru bezpieczeństwa każdego polskiego domu i całej Europy.
Dobre sojusze to sojusze oparte na współpracy, wzajemnym szacunku i dbaniu o nasze wspólne bezpieczeństwo.Dziękuję Prezydentowi Stanów Zjednoczonych…
— Karol Nawrocki (@NawrockiKn) May 21, 2026
Decyzja prezydenta D. Trumpa o wysłaniu do Polski 5 tysięcy dodatkowych żołnierzy potwierdza, że relacje polsko-amerykańskie są bardzo silne, a Polska jest modelowym i żelaznym sojusznikiem 🇵🇱🤝🇺🇸
Dobrze, że o sprawy fundamentalne dla bezpieczeństwa naszej Ojczyzny walczymy…
— Władysław Kosiniak-Kamysz (@KosiniakKamysz) May 21, 2026
Wiadomość z ostatniej chwili – Donald Trump ogłosił, że dodatkowe 5 tysięcy amerykańskich żołnierzy trafi do 🇵🇱 Polski! pic.twitter.com/y6xurhno0s
— Cezary Tomczyk (@CTomczyk) May 21, 2026
Czytaj także:
- Rewolucja w Białym Domu. Czy socjale zastępują dyplomację?
- Czy Polska potrzebuje broni atomowej? Realia kontra ego
- Trump grozi. Dania nie odda Grenlandii bez walki
- Stryker. Czy to cios w polski przemysł obronny?
- Niewypał w Budapeszcie. Tylko jeden człowiek był zdziwiony
- Trump to biznesmen. Największym wygranym wojny jest amerykański przemysł
