W najbardziej bezpośrednio sformułowanych pytaniach, dotyczących tego, czy Polska powinna posiadać własną broń atomową, wyniki są stosunkowo spójne. We wszystkich badaniach ok. 50-51 proc. respondentów deklaruje poparcie dla takiego kroku. Przeciwnicy stanowią mniej więcej 35-40 proc., natomiast pozostała grupa nie ma wyrobionej opinii. To istotna zmiana względem wcześniejszych lat, kiedy przewaga sceptyków była wyraźniejsza, a sam temat funkcjonował raczej w debacie eksperckiej niż w głównym nurcie dyskusji publicznej.
Amerykańska bomba kierowana z głowicą termonuklearną B61-12 / Zdjęcie: Airman 1st Class Devan Halstead, USAF
Jeszcze wyższe wartości pojawiają się w badaniach, które nie pytają wprost o posiadanie broni, lecz o rozwijanie zdolności nuklearnych lub udział Polski w systemach odstraszania. W takich przypadkach poparcie sięga nawet około 60-62 proc.
Różnica wynika z konstrukcji pytania. Część respondentów akceptuje wzmacnianie potencjału odstraszania, ale ma wątpliwości wobec samego faktu posiadania głowic jądrowych na własność. Granica między tymi postawami pozostaje jednak płynna. Jedno pozostaje niezmienne. Polacy we wszystkich badaniach wskazują, że najważniejszym powodem jest bezpośrednie poczucie zagrożenia ze strony Rosji (Putin: Rosja rozmieści broń jądrową na Białorusi).
Pełnoskalowa wojna przeciwko Ukrainie zmieniła sposób myślenia o możliwym konflikcie, który przestał być wyłącznie teoretycznym scenariuszem. W tej perspektywie u respondentów broń jądrowa pojawia się jako ostateczny środek odstraszania, który ma uniemożliwić eskalację do poziomu pełnoskalowej agresji na terytorium Polski.
Brak zaufania do sojusznika
Drugim istotnym elementem jest ograniczone zaufanie do trwałości gwarancji bezpieczeństwa. Formalnie Polska opiera się na odstraszaniu nuklearnym NATO i atomowym parasolu Stanów Zjednoczonych, jednak część opinii publicznej dopuszcza scenariusz, w którym reakcja sojuszników mogłaby być opóźniona, niejednoznaczna lub niewystarczająca. Zwłaszcza dotyczy to Stanów Zjednoczonych, które w ostatnim roku zaliczyło wręcz tragiczny spadek (Pierwszy w tym roku test międzykontynentalnego pocisku balistycznego Minuteman III).
Jeszcze niedawno, bo zaledwie 2-3 lata temu, około 60-70 proc. Polaków wierzyło, że USA przyjdą Polsce z pomocą. W najnowszym badaniu z lutego 2026 badanie IPSOS dla TVP pokazało, że już tylko 39 proc. uważa, że USA pomogą w przypadku wrogiego ataku na Polskę, a aż 48 proc. nie wierzy w taką pomoc. Tylko 35 proc. Polaków uważa Stany Zjednoczone za wiarygodnego partnera. ponad 50 proc. uważa je za niewiarygodne.
Jeszcze dwa lata temu proporcje były odwrotne. Co pokazuje, jak amerykańska polityka wobec sojuszników zachwiała wizerunkiem Stanów Zjednoczonych i przekonała opinię publiczną, że lepiej budować własne bezpieczeństwo z europejskimi sojusznikami.
W tym kontekście własna broń jądrowa jest postrzegana jako narzędzie zwiększające autonomię strategiczną. Nie chodzi wyłącznie o zastąpienie sojuszy, lecz o ich uzupełnienie i wzmocnienie wiarygodności odstraszania.
Zrzut nieuzbrojonej bomby nuklearnej B61-12 z F-35A DCA / Zdjęcie: USAF
Skąd wziąć atom?
Polska nie ma własnego programu atomowego i nie zapowiada się, aby miała w przyszłości taki rozpocząć. Wiąże się to ze zbyt dużymi inwestycjami, których na razie nie ma sensu ponosić, gdyż są ważniejsze wydatki. Jak choćby dostarczenie w końcu żołnierzom odpowiedniej ilości środków transportu. Począwszy od bojowych wozów piechoty, na ciężarówkach skończywszy.
Pozostaje więc NATO Nuclear Sharing. W przypadku amerykańskiego programu największym problemem jest aktualny lokator Białego Domu, który jest nieprzewidywalny w swoich działaniach i w żaden sposób nie można mu ufać, czego wyrazem jest brak zaufania, jakim amerykańską administrację darzą Polacy (Morawiecki: Polska chce dołączyć do NATO Nuclear Sharing, Premier Tusk o słowach prezydenta Dudy nt. NATO Nuclear Sharing).
W ramach Nuclear Sharing Amerykanie jedynie przekazują ładunki do przechowywania sojusznikom i szkolą lotników do ich użycia przy użyciu sojuszniczych samolotów. De facto rola uczestników Nuclear Sharing ogranicza jedynie do bycia kurierem, który ma dostarczyć ładunek do celu, który wyznacza Waszyngton (Amerykanie rozpoczęli rozmieszczanie broni jądrowej w Wielkiej Brytanii).
Nawet gdy cel zostanie wyznaczony, samoloty wystartują do misji, ostateczną decyzję o zrzucie podejmuje Waszyngton i póki poprzez system łączności Permissive Action Links nie zostaną przesłane kody aktywujące, ładunek nie eksploduje. Tak więc samo uczestnictwo w programie nie zwiększa potencjału odstraszania armii. Polska już kiedyś z podobnego rozwiązania korzystała.
Paryż zadeklarował, że Francja jest w stanie rozszerzyć jej potencjał odstraszania nuklearnego na Europę, aby uniezależnić się od chimerycznego sojusznika zza oceanu. Pytanie, czy z polskiego punktu widzenia jest to rozwiązanie realne i użyteczne (Polska zainteresowana zaawansowanym programem odstraszania nuklearnego Francji).
Francuski wielozadaniowy Dassault Rafale B ze zmodernizowanym ponaddźwiękowym pociskiem manewrującym ASMP-A z głowicą jądrową / Zdjęcie: Armée de l’Air et de l’Espace
Francuski potencjał i jego ograniczenia
Francja dysponuje ograniczonym, ale nowoczesnym arsenałem jądrowym, opartym na dwóch filarach. Francuski komponent morski opiera się na okrętach podwodnych, z których każdy przenosi do 16 rakiet balistycznych MSBS M51 o zasięgu ponad 8 tys. km. Uzbrojone są one w nowej generacji głowice termojądrowe, zdolne do przełamywania obrony przeciwrakietowej i rażenia wielu celów. Trwa modernizacja do standardu M51.3, która ma zwiększyć precyzję oraz odporność na nowoczesne systemy przeciwdziałania (Francja rozbuduje swoje zdolności odstraszania nuklearnego).
Drugim filarem pozostaje komponent lotniczy. Francja utrzymuje zdolność przenoszenia broni jądrowej przez samoloty Dassault Rafale w wersji lądowej i pokładowej, operujące także z lotniskowca FS Charles de Gaulle (R-91). Ich uzbrojeniem są pociski manewrujące ASMP o zasięgu przekraczającym 600 km.
Paryż zrezygnował z komponentu lądowego w 1996 roku, uznając go za zbędny. Okręty podwodne zapewniają większą przeżywalność, a lotnictwo – elastyczność użycia. W efekcie wyrzutnie naziemne, wcześniej rozmieszczone m.in. w bazie Plateau d’Albion, zostały całkowicie wycofane.
Porównanie z Nuclear Sharing
Wariant francuski i amerykański mają wspólną cechę: brak suwerenności operacyjnej po stronie państwa-gospodarza. W programie Nuclear Sharing bomby B61 pozostają pod pełną kontrolą USA, a ich użycie wymaga zgody Waszyngtonu. Mechanizmy techniczne, takie jak systemy blokad (PAL), uniemożliwiają samodzielne użycie broni przez sojusznika.
Francuski model najprawdopodobniej wyglądałby podobnie, choć bez formalnej struktury NATO. To oznacza, że z punktu widzenia czysto wojskowego Polska nie uzyskałaby własnego potencjału odstraszania, a jedynie jego wzmocnienie poprzez obecność sojusznika.
Czy Polska ma alternatywy?
Opcja budowy własnej broni jądrowej pozostaje w praktyce zamknięta. Ograniczenia wynikają zarówno z zobowiązań międzynarodowych, w postaci umowy o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej, jak i z braku infrastruktury oraz czasu potrzebnego na stworzenie pełnego systemu. Począwszy od produkcji materiałów rozszczepialnych po środki przenoszenia i systemy dowodzenia.
Realistycznie pozostają trzy kierunki. Po pierwsze liczenie na amerykańskiego sojusznika, który jest niepewny. Po drugie wejście do Nuclear Sharing lub, po trzecie, próba włączenia się w europejski komponent nuklearny oparty na Francji. Każdy z nich oznacza różny poziom zależności politycznej, ale żaden nie daje pełnej autonomii. Czy Polsce jest to konieczne? Bardzo wątpliwe. A wynika głównie z ego.
Na prawicy pojawia się bowiem argument prestiżowy. Państwa dysponujące bronią jądrową są postrzegane jako należące do wąskiej grupy aktorów o najwyższym znaczeniu strategicznym. W tym ujęciu posiadanie takiego potencjału oznaczałoby wzmocnienie pozycji Polski w relacjach międzynarodowych.
Czytaj także:
