Administracja Donalda Trumpa funkcjonuje w trybie ciągłej korekty planów, pomysłów i zamierzeń. Komunikaty dotyczące działań wojskowych potrafią zmieniać się kilkukrotnie w ciągu jednego dnia zależnie od tego, co pojawi się na koncie prezydenta w Truth Social.
Grafika: Truth Social
Tymczasem prowadzenie wojny wymaga stabilnych założeń co do celów, zakresu działań i sygnałów wysyłanych przeciwnikowi. Tymczasem wpis opublikowany rano może sugerować deeskalację, a wieczorny zapowiadać rozszerzenie operacji. W zasadzie Pentagon nie wyznacza już kierunku działań, a coraz częściej próbuje nadążyć za pomysłami prezydenta.
Najbardziej widoczną zmianą jest rola mediów społecznościowych. Truth Social stał się de facto kanałem komunikacji strategicznej. Miejscem, gdzie pojawiają się sygnały dotyczące celów, zamiarów i ocen sytuacji.
To całkowicie nowe podejście i złamanie wszelkich zasad prowadzenia komunikacji. W klasycznym modelu komunikaty tego typu są precyzyjnie przygotowywane, konsultowane i publikowane w kontrolowany sposób. Tutaj mamy do czynienia z przekazem bezpośrednim, często emocjonalnym, a najczęściej impulsywnym. W efekcie przeciwnik, sojusznicy i własne instytucje otrzymują sygnały, które trudno jednoznacznie interpretować.
Sprzeczności w czasie rzeczywistym
Wpisy Donalda Trumpa dotyczące konfliktu z Iranem wielokrotnie pokazywały brak spójności przekazu. Jednego dnia prezydent pisze, że Iran chce rozmawiać. My też. Możemy mieć pokój bardzo szybko, by kilka godzin później opublikować wpis o zupełnie innym tonie: Jeśli Iran zrobi choć jeden ruch, spotka się z siłą, jakiej świat jeszcze nie widział. Wygląda tak, jakby w Tumpie były dwa wilki.
Podobna dychotomia pojawia się w ocenie przeciwnika. W jednym wpisie Iran to reżim na skraju upadku, bez pieniędzy i bez opcji, w kolejnym – jeszcze tego samego dnia – pojawia się ostrzeżenie: Nie lekceważcie Iranu. To bardzo niebezpieczny przeciwnik z ogromnym wpływem w regionie.
Jeszcze wyraźniej widać to przy definiowaniu celów operacji. Raz Trump deklaruje. Naszym celem są precyzyjne uderzenia, które przywrócą odstraszanie i nic więcej – pisał, by chwilę później zmienić zdanie i napisać, że jest czas na prawdziwą zmianę na Bliskim Wschodzie – zakończymy to raz na zawsze.
Sojusznicy zaczynają kalkulować
W polityce sojuszniczej jest przewidywalność. Jeśli komunikaty zmieniają się z godziny na godzinę, rośnie ryzyko błędnej oceny sytuacji. Nie tylko politycznej, ale i wojskowej.
W Europie widać to coraz wyraźniej. Szwajcaria, tradycyjnie neutralna, ostrożna i unikająca jednoznacznych zobowiązań, zaczyna dystansować się od ścisłego wiązania swojej polityki bezpieczeństwa z decyzjami Waszyngtonu, które mogą ulec zmianie w ciągu jednego cyklu informacyjnego.
Zwłaszcza, że administracja Trumpa postanowiła przesunąć terminy dostaw zamówionego sprzętu, podnieśli ceny już zamówionego i grożą zajęciem już wyprodukowanych pocisków. Szwajcarzy nie są jedyni, którzy dystansują się od Waszyngtonu. Pojawiły się informacje o odejściu Hiszpanii od planów zakupu F-35A i skierowaniu środków na rozwój Eurofighterów oraz programu FCAS.
Kanada i Portugalia sygnalizowały przegląd swoich programów związanych z F-35, głównie z powodu nieadekwatnie rosnących kosztów i niepewności politycznej. Wszyscy zainteresowani mówią o chęci budowy większej autonomii przemysłowej w Europie. Dlatego nawet Kanada jest zainteresowana współpracą w ramach mechanizmu SAFE (Przemysł zbrojeniowy za SAFE. Wojsko też widzi szansę).
Nie jest to reakcja na jeden wpis czy jedną decyzję. To efekt kumulacji sytuacji, w których komunikaty płynące z Waszyngtonu wymagają natychmiastowej reinterpretacji, korekty planów i uwzględnienia scenariuszy, które jeszcze kilka godzin wcześniej nie były brane pod uwagę.
Uderzenie w przemysł zbrojeniowy
Najbardziej trwałe skutki mogą dotyczyć sektora obronnego. Przez dekady jego przewaga opierała się na dwóch filarach – technologii i wiarygodności politycznej. Jeśli drugi z nich słabnie, zmienia się sposób myślenia klientów. Zakup sprzętu wojskowego to decyzja strategiczna, wiążąca na dekady. Wymaga przekonania, że dostawca pozostanie stabilnym partnerem. W przypadku Amerykanów tej pewności już nie ma. Zmienność w Waszyngtonie budzi obawy na rynkach.
Jeżeli polityka zaczyna przypominać serię nieprzewidywalnych komunikatów, rośnie skłonność do dywersyfikacji. Więcej państw zaczyna szukać alternatyw. Dzięki SAFE alternatywa jest całkiem rozsądna i kusząca. Dlatego administracja Trumpa i jej sojusznicy widzą w niej zagrożenie.
Skądinąd niesłusznie. Patrząc krytycznie na systemy uzbrojenia dominujące w NATO nie da się realizować ponadnarodowych operacji nie bazując, przynajmniej częściowo, na sprzęcie i doktrynach pochodzących z USA. SAFE może być za to postrzegany jako narzędzie służące temu, czego od europejskich sojuszników wręcz domaga się Donald Trump, czyli przejęcia odpowiedzialności za własne bezpieczeństwo.
Czytaj także:
- Trump grozi. Dania nie odda Grenlandii bez walki
- Niewypał w Budapeszcie. Tylko jeden człowiek był zdziwiony
- Trump to biznesmen. Największym wygranym wojny jest amerykański przemysł
- Afera Signalgate wisienką na torcie niekompetencji Trumpa
- Gdy Trump gra z Putinem – Europa musi się zbroić
- Trump udowadnia, że Europa musi sama o siebie zadbać
