Zacznijmy może od początki firmy. Jak to się zaczęło, skąd pomysł, skąd kapitał?
Jesteśmy firmą, która została założona w 2017 roku. Naszym pierwszym pomysłem na produkt był system dronów na przewodzie CableGuard. Komercjalizacja tego rozwiązania zajęła nam około dwóch pierwszych lat.
Na początku firma składała się tak naprawdę z czterech osób. Założyliśmy ją w cztery osoby plus dwóch inwestorów, którzy dali nam skromną sumę na start.
Od tego czasu, do grudnia ubiegłego roku firma tak naprawdę rozwijała się metodą tak zwanego bootstrappingu, czyli w oparciu o zasoby własne. Czyli to, co udało nam się zarobić, reinwestowaliśmy w dalszy rozwój i dzięki temu się skalowaliśmy. Mieliśmy coraz więcej technologii, coraz więcej ludzi, coraz większą sprzedaż.
I tak było do grudnia ubiegłego roku. Wtedy właśnie sfinalizowaliśmy umowę inwestycyjną z dwoma funduszami inwestycyjnymi. Jeden z nich jest FF Venture Capital. To jest polski fundusz z korzeniami amerykańsko-japońskimi. Oraz drugi fundusz, który się nazywa NCBR NIF, czyli NCBR National Investment Fund. To jest również fundusz VC, tyle że państwowy. Od tego czasu jesteśmy w małym procencie również firmą państwową.
Decyzja o inwestycji była związana z realizacją konkretnej potrzeby. My wiedzieliśmy, że jesteśmy efektywną organizacją, bo przez te lata utrzymywaliśmy się i skalowaliśmy bez finansowania zewnętrznego. Natomiast potrzebowaliśmy przyspieszenia w zakresie zwiększenia zdolności produkcyjnych oraz w zakresie marketingu i sprzedaży, szczególnie zagranicą. W Polsce jesteśmy dobrze znaną firmą dronową. Za granicą jak na razie jesteśmy znani bardzo słabo, ale silnie pracujemy nad tym, żeby nasza rozpoznawalność wzrosła.

Jeden z najciekawszych projektów firmy FlyFocus – bezzałogowy śmigłowiec transportowy o udźwigu ponad 200 kg o nazwie Kurier / Zdjęcie: Grzegorz Sobczak, MILMAG
Wracając jeszcze troszkę do początków. Zaczynaliśmy w 4 osoby. Znaliśmy się częściowo ze szkoły, częściowo ze środowiska modelarskiego. Ja z wychowania jestem modelarzem. Ta ścieżka kariery doprowadziła mnie tutaj, ale modelami zacząłem latać w jednej z warszawskich modelarni w 2000 roku. W wieku 11 lat zacząłem chodzić na modelarnię. Kacper zresztą tak samo. Tam się rozwinęło nasze hobby. To hobby wpłynęły później na wybór uczelni, którą była Politechnika Warszawska na kierunku Lotnictwo i Kosmonautyka na Wydziale Mechanicznym Energetyki i Lotnictwa.
Połączyło nas hobby i potem jeden z naszych inwestorów, Mariusz, zasiał nam pomysł, czy może nie spróbować czegoś swojego, zanim wszyscy się rozejdziemy pracować do korporacji. Ja już wcześniej, zanim założyliśmy FlyFocus, miałem okazję około dwa lata pracować w WB Electronics, szczególnie przy projekcie Warmate.
Później Mariusz podrzucił nam taką myśl, że jeżeli mamy zaryzykować, poświęcać bardzo dużo czasu, w zasadzie cały wolny czas na to, żeby zrobić coś swojego, to znacznie lepiej jest to zrobić w wieku 22 lat, kiedy nie mamy jeszcze wielu zobowiązań związanych z życiem prywatnym, niż w wieku 30 lat, kiedy już to wszystko będziemy mieć i wtedy nasza skłonność do podejmowania takich ryzyk będzie znacznie mniejsza. Spodobał się nam ten pomysł, zdecydowaliśmy się i tak powstał FlyFocus.
Jak Pan wspomniał wcześniej, zaczęliście od dość nietypowego produktu – drona na przewodzie.
Pierwsze kierunki, czyli dron zasilany z ziemi – dostrzegliśmy lukę w istniejących systemach. Wtedy na rynku było bardzo mało systemów dronów na uwięzi. Teraz sytuacja się trochę zmieniła, producentów pojawiło się już sporo, ale wtedy dosłownie było może dwóch na świecie. Przy czym żaden nie miał systemu wypinania przewodu, o którym my pomyśleliśmy.
Dron na przewodzie ma tą zaletę, że dzięki przewodowi może latać w nieskończoność, ale jego główną wadą jest też to, że jest na przewodzie, bo w zasadzie jest balonem i nigdzie nie poleci. My chcielibyśmy połączyć zalety drona swobodnego z dronem na uwięzi i w tym kierunku szedł nasz rozwój. Rynek później to zweryfikował. Dla niektórych zastosowań wypinanie nie jest potrzebne i użytkownikom wystarcza zwykły dron na przewodzie.

Bezzałogowiec rozpoznawczy na uwięzi opracowany przez firmę FlyFocus, pochodzący z rodziny wielowirnikowców CableGuard / Zdjęcie: Grzegorz Sobczak, MILMAG
Przy tym projekcie bardzo wiele się nauczyliśmy, jako że to był nasz pierwszy produkt, który rozwijaliśmy. Mieliśmy troszkę inne podejście niż dziś. Jednym z błędów, jakie popełniliśmy, a na błędach człowiek uczy się najlepiej, było to, że uznaliśmy, że musimy wszystko mieć swoje, wszystko musimy zrobić sami, każdy komponent tego systemu, czy to głowica obserwacyjna, czy systemy zasilania itd.
Udało się oczywiście, ale dopiero później nauczyliśmy się, że tak naprawdę nie trzeba robić wszystkiego, żeby robić dobry system bezzałogowy, bo niektóre rzeczy po prostu jest lepiej kupić od producentów tych komponentów. Teraz już do procesu projektowania podchodzimy inaczej, natomiast to, co nam zostało do dziś, to po pierwsze kontrola nad oprogramowaniem, bo my tworzymy własne oprogramowanie – całe oprogramowanie naziemnych stacji kontroli jest wytwarzane przez nas.
Druga rzecz, to nie używanie chińskich komponentów. Wśród producentów systemów bezzałogowych na świecie wiadomo, że każdy mówi, że jest „China Free”. W praktyce to nie zawsze jest prawdą. J. My jesteśmy w stanie te BOM-y pokazywać i naprawdę nie mamy nic do ukrycia. Nie używamy chińskich komponentów.
Między 2017 rokiem, kiedy założyliśmy naszą firmę a dniem dzisiejszym, nasza liczebność wzrosła, teraz jest nas już do 39 osób i dalej rośniemy. Nie produkujemy wszystkiego sami. Wiemy, w czym jesteśmy dobrzy i co chcemy produkować u siebie.
Jak wygląda teraz odejście od „samowystarczalności”?
Jedną z rzeczy, których nie produkujemy samemu, są kompozyty. Czasem robimy serie prototypowe, jeżeli coś potrzebujemy bardzo szybko i chcemy to sprawdzić. Skracamy dzięki temu czas iteracji. Ale jeśli chodzi o jakąkolwiek produkcję seryjną, to kompozyty zawsze zlecamy na zewnątrz do zaufanych podwykonawców.
Silników oczywiście też sami nie produkujemy, bo nie miałoby to sensu. Producent silników musi się znać na produkowaniu silników, a producent dronów musi się znać na produkowaniu dronów, na integracji i na wytwarzaniu tych komponentów, które są kluczowe, które właśnie wyróżniają nasz produkt względem innych. To zazwyczaj komponenty elektroniczne, ale niekoniecznie silniki. W zależności od projektu prowadzimy produkcję w naszej siedzibie lub też na zewnątrz.
Czy od początku mieliście za cel wejść na rynek sprzętu wojskowego?
Na początku, gdy zakładaliśmy firmę, nie za bardzo myśleliśmy o zastosowaniach wojskowych. Naszym celem były zastosowania profesjonalne, komercyjne, czyli np. firmy ochroniarskie. To tam właśnie oferowaliśmy drona na przewodzie. Niekoniecznie myśleliśmy o zastosowaniach wojskowych, ale w perspektywie upływających lat zauważyliśmy, że tendencja na rynku się zmienia i zaczęliśmy coraz bardziej przestawiać się na produkty podwójnego zastosowania, czyli również wojskowe.
Ta przemiana u nas nastąpiła tak naprawdę nieco wcześniej niż u większości producentów polskich czy zagranicznych, bo bardzo dużo firm przeskoczyło na produkcję dronów wojskowych w momencie, kiedy zaczęła się pełnoskalowa wojna na Ukrainie. To był taki punkt zwrotny w historii rozwoju firm dronowych. My tą drogę zaczęliśmy już wcześniej.
Tak naprawdę pierwsze kontrakty zawieraliśmy nie bezpośrednio z MON-em. Nasze pierwsze kontrakty na podzespoły, komponenty zaczęliśmy realizować już w 2020 roku, dwa lata po naszym zaistnieniu. Jednak nie jako bezpośredni dostawca do MON, ale jako podwykonawca. Teraz mogę powiedzieć, że nasza działalność zdecydowanie skupia się na produktach typu dual use oraz defence. Powyżej 90% naszej działalności jest ukierunkowana w tej gałęzi.
Specyfika waszej dziedziny produkcji wiąże się nierozerwalnie z opracowywaniem nowych rozwiązań, czyli pracami badawczo-rozwojowymi.
Jeśli chodzi o nasze działania w zakresie prac badawczo-rozwojowych, tu trzeba wspomnieć o Kurierze. Rozwijamy ten projekt dla MON-u. Jest on finansowany przez NCBR, realizowany w Konsorcjum Flyfocus, Instytut Podstawowych Problemów Techniki PAN, Fusioncopter. Natomiast zespół monitorujący całego projektu stanowią przedstawiciele Ministerstwa Obrony Narodowej.

Jeden z wcześniejszych projektów firmy Fly Focus – bezzałogowiec pionowego startu i lądowania Lemur / Zdjęcie: FlyFocus
Mamy też drugi taki projekt, który realizujemy dla MON-u. Jest to projekt MagTrack, realizowany w ten sam sposób, czyli finansowany przez NCBR, ale odbiorcą projektu jest Ministerstwo Obrony Narodowej. I jest to projekt systemu nawigacji opartego o badanie i pomiar anomalii magnetycznych.
W najprostszym skrócie działa to w następujący sposób. Pole magnetyczne Ziemi jest zmienne. Na świecie występują anomalie, które wynikają z płaszcza Ziemi. One są stałe i nie zmieniają się w czasie Mając odpowiednio precyzyjny magnetometr jesteśmy w stanie te anomalie mierzyć. Później mając mapę magnetyczną jesteśmy w stanie na bazie pomiaru tych anomalii pozycjonować się na tej mapie.
Jest to bardzo ciekawy system alternatywnej nawigacji, szczególnie do zastosowań morskich, bo na lądzie są prostsze rozwiązania. Na przykład nawigacja wizyjna – porównujemy sobie obraz z mapą satelitarną i możemy się zlokalizować. Na morzu to nie działa. Stąd pomysł na system nawigacji magnetycznej, który rozwinęliśmy i który daje bardzo zadowalające wyniki
Dodatkowym efektem projektu jest to, że skoro już mamy na pokładzie naszych platform bardzo precyzyjny magnetometr, który jest w stanie mierzyć bardzo niewielkie zawartości anomalii, jesteśmy w stanie też wykryć anomalie, które są stworzone przez człowieka. Mamy na myśli okręty podwodne. I to jest druga funkcjonalność tego systemu.
Poza nawigowaniem jesteśmy w stanie robić magnetyczną detekcję okrętów podwodnych. Z naszych obliczeń wynika, że mamy zasięg detekcji około 300 m i w przypadku przebywania urządzenia tuż nad lub na powierzchni wody – około 300 metrów głębokości. Myślę, że Bałtyk jest idealnym akwenem dla takiego systemu.
Jakie są inne produkowane przez Was obecnie bezzałogowce?
Powiedzmy trochę o Polarisie. Dron obserwacyjny, trzy godziny lotu w warunkach standardowych. Możemy ten czas lotu przedłużać, ponieważ mamy opracowany algorytm, który w momencie, kiedy samolot wleci w noszenie, to sam centruje komin termiczny. To w sprzyjających warunkach przedłuża znacząco czas lotu. Piszemy, że do czterech godzin, ale najwięcej z tym algorytmem lataliśmy chyba sześć godzin – były wówczas silnie warunki termiczne. To jest wartość dodana w przypadku lotu w warunkach termicznych. Jeżeli chodzi o zakres prędkości to od 50 do 110 km/h.
Co nam przyświecało przy tworzeniu Polarisa? Przyświecało nam stworzenie systemu, który po pierwsze daje jak najwięcej możliwości w jak najmniejszym rozmiarze, czyli właśnie duża długotrwałość lotu, duży zasięg łączności, dobre możliwości obserwacyjne, ale coś co mieści się w jednym stosunkowo małym plecaku.
Druga rzecz – żeby był jak najprostszy w obsłudze. I to zarówno z perspektywy składania – składa się bardzo szybko. Ale też z perspektywy operatora. Stąd praca nad naszym własnym oprogramowaniem stacji kontroli i wszystkimi algorytmami sterowania. Tak, żeby operator był w zasadzie operatorem głowicy obserwacyjnej, a nie drona, który robi to co musi robić, żeby operator mógł obserwować tam gdzie chce obserwować i tyle. Można oczywiście zrobić plan lotu, ale takim typowym trybem działania jest tak zwany tryb fly-by-camera, czyli tam gdzie patrzę, to tam leci dron. I operator zmienia ewentualnie tylko wysokość albo prędkość, ale tego też nie musi robić.
Start jest zupełnie zautomatyzowany, lądowanie również. Nie trzeba tak naprawdę nawet za bardzo rozumieć jak samolot działa, żeby tym systemem operować. Na przykład, dostarczamy te systemy na Ukrainę. Przy ostatniej dostawie mieliśmy przeszkolić dziesięciu operatorów. Mieliśmy dostać operatorów z doświadczeniem. Dostaliśmy dziesięciu ludzi, którzy nigdy nie mieli drona w ręku, bo okazało się, że jednak wszyscy, którzy mieli drona w ręku albo są na froncie, albo mają inne ważne zadania. Musieliśmy ich wyszkolić w trzy dni i oni po tych trzech dniach byli w stanie samodzielnie operować systemem.
Czy Polarisy są wykorzystywane tylko do rozpoznania, czy one są wpięte w jakiś system, nie wiem, do wskazywania celów?
Jesteśmy zintegrowani z oprogramowaniem ATAK i jesteśmy zintegrowani z innymi oprogramowaniami. Ostatnio to wynikało z prób, które robiliśmy razem z amerykańską armią. Byliśmy zaproszeni na ćwiczenia amerykańskiej armii w Niemczech, w bazie Rammstein, gdzie Polaris pełnił główną rolę obserwacyjną dla całych ćwiczeń. Na potrzeby tego ćwiczenia zintegrowaliśmy się z oprogramowaniem Palantira oraz Picogrida.
Drony na przewodzie nadal są w Waszej ofercie?
Tak. Cable Guard, drony kablu są wdrożone w służbach.. Wyjeżdżają sobie z platformy ładunkowej pick-upa, startują z niej i później lądują. Dodatkowym celem było to, żeby w miarę możliwości system nie zwracał na siebie za bardzo uwagi, gdy jest w pozycji przygotowanej do transportu.
Ostatnio prezentujecie także drony uderzeniowe.
Naszym nowym projektem jest Striker. Był już pokazywany na ubiegłorocznym MSPO i w tym roku na Drone World Expo. Jest to platforma uderzeniowa dalekiego zasięgu, tzw. Deep Strike. Jego masa startowa wynosi 140 kg, a masa ładunku użytecznego 40 kg. Z tym ładunkiem 40 kg jest w stanie przelecieć 1000 km wykorzystując 30 kg paliwa. Parametry operacyjne to prędkość przelotowa 35 m/s, prędkość maksymalna 50 m/s.
Natomiast sama platforma tak naprawdę nie jest najistotniejszą częścią tego systemu. Najważniejszy jest software, którego rozwinięcie było długie i czasochłonne. Wymagało też testów rzeczywistych, więc jeździliśmy z tym systemem na Ukrainę, żeby go tam testować.
W ogóle to taki trochę może poboczny temat, o którym też warto wspomnieć. Zbieranie doświadczeń rzeczywistego, operacyjnego działania, jak działają systemy na Ukrainie, jest bardzo istotne. My wyjeżdżając tam często, posiadając dużą wiedzę na temat tego jak pole walki się zmienia, szczególnie z perspektywy walki radioelektronicznej, jesteśmy w stanie testować dużo różnych rzeczy, ale i tak nie jesteśmy w stanie w pełni zasymulować w naszych warunkach, czy to poligonowych, czy laboratoryjnych, takich warunków jakie tam panują. Tam jest po prostu inaczej. I póki się tam z tym sprzętem nie pojedzie, to się nie wie czy on zadziała, czy nie. Zazwyczaj jak się jedzie pierwszy raz, to nie działa. Dopiero jak się wprowadzi ulepszenia oraz przetestuje ponownie. to sprzęt zaczyna działać.

Dron uderzeniowy dalekiego zasięgu Striker / Zdjęcie: Grzegorz Sobczak
Wracając do Strikera, system elektroniczny, czyli oprogramowanie, które stworzyliśmy, które pozwala temu bezzałogowcowi przebić się przez systemy walki elektronicznej przeciwnika i uderzyć precyzyjnie w cel, to jest istota całego systemu, a nie to jak wygląda ta platforma, ile waży i ile przenosi ładunku, bo to może ulegać jakimś ulepszeniom.
Projekt ten nie jest jeszcze wdrożony u żadnego użytkownika końcowego. Wpisuje się w fundusze Sztabu Genialnego. Możemy powiedzieć, że wpisuje się w istniejące potrzeby. Jesteśmy na etapie rozmów z PGZ-em, aby wspólnie produkować ten system na potrzeby Ministerstwa Obrony Narodowej.
Pod kątem nawigacyjnym on jest, jak rozumiem, autonomiczny, tak?
Tak, to jest w zasadzie odpal-zapomnij. Planujemy mu misję, planujemy mu cel i tak naprawdę on leci bez łączności.
Co więc jest do zakłócenia w takim układzie?
Nawigacja. Jest kilka źródeł nawigacji. Oczywiście jest GPS, który jest łatwo zakłócalny, ale też można przeciwdziałać zakłóceniom GPS-u, co robimy. Dodatkowo jeszcze jest nawigacja wizyjna, która wspiera nawigację GPS jeżeli jest zakłócona, plus nawigacja zliczeniowa.
Produkujecie też drony FPV.
Drony FPV to jest coś, w co weszliśmy stosunkowo niedawno. Zaczęliśmy je rozwijać w ubiegłym roku. Drony FPV są teoretycznie proste do zrobienia. To jest bardzo proste, konstrukcyjnie niedrogie rozwiązanie. Systemy łączności, czy systemy wideo też są uproszczone do minimum żeby minimalizować cenę.
Oczywiście drony FPV są bardzo popularne w konflikcie ukraińsko-rosyjskim. Używane przez obydwie strony. Natomiast większośćsystemów FPV, które są przez obydwie strony używane na Ukrainie, tak naprawdę nawet jeżeli są produkowane lokalnie, to są składaki z importowanych części chińskich, zazwyczaj w całości lub częściowo chińskich.
My za drony FPV wzięliśmy się, kiedy już mieliśmy na tyle dużą autonomię produkcyjną i projektową i opanowany łańcuch dostaw, kiedy wiedzieliśmy, że jesteśmy w stanie takiego drona faktycznie bez komponentów chińskich stworzyć.
My w Unii Europejskiej, w NATO, które nie jest ogarnięte konfliktem, mamy inne podejście, Nie chcemy być uzależnieni od chińskich łańcuchów dostaw. No i właśnie w tym celu został stworzony Punktor jako platforma FPV, która jest niezależna od chińskiego łańcucha dostaw.
Dzięki współpracy z firmą Apator oraz Phoenix Systems w przypadku tego produktu mamy duże możliwości produkcyjne dronów FPV. Mówimy o tysiącach sztuk miesięcznie.
Czy w Waszej ofercie znajdują się bezzałogowce o bardziej nietypowych rozwiązaniach?
Jednym z naszych nowszych i też myślę, że ciekawszych produktów realizowany w współpracy, ponieważ my nie jesteśmy twórcą samego modułu, jest to wielowirnikowiec z modułem SIGINT, który pozwala na skanowanie w zakresie częstotliwości od 30 MHz do 14 GHz i detekcję, lokalizację oraz klasyfikację celów. Moduł SIGINT produkuje inna polska firma. Jest on specjalnie zaprojektowany pod to zastosowanie. My produkujemy drona. Cały bezzałogowiec jest tak naprawdę nośnikiem anten, musiał być zaprojektowany specjalnie pod układ anten, który jest potrzebny do wykonywania pomiarów. To jest unikalna zdolność w Wojsku Polskim, bo nie mamy obecnie dedykowanych platform SIGINT-owych.

Bezzałogowiec rozpoznawczy Polaris opracowany i produkowany przez FlyFocus / Zdjęcie: FlyFocus
Nie mamy raczej zapotrzebowania na większe platformy, więc to jest taka luka, którą możemy wypełnić. Trwają analizy.
Jest jeszcze bezzałogowy śmigłowiec Kurier.
O Kurierze też już wspominaliśmy. Jest to wynik prac w ramach programu Bezzałogowa Powietrzna Platforma Transportowa Wojsk Specjalnych. Kurier został opracowany przez polskie konsorcjum, w którego skład wchodzą FlyFocus, FusionCopter oraz Instytut Podstawowych Problemów Techniki Polskiej Akademii Nauk (IPPT PAN). Projekt jest finansowany przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju (NCBiR) pod nadzorem Ministerstwa Obrony Narodowej.
Wymaganiem była bezzałogowa platforma pionowego startu i lądowania zdolna przenieść 100 kg ładunku i uzyskać zasięg operacyjny 100 km. Projekt jest nadal rozwijany i dopracowywany.
Teraz porozmawiajmy o klientach, odbiorcach waszych wyrobów.
To głównie MON, obecnie Ukraiński i Polski. Są też szeroko pojęte służby specjalne.
Czy stwierdzenie, że elementy do produkcji nie są chińskie, oznacza to, że nie są również tajwańskie?
Staramy się unikać również tajwańskich komponentów. Chiny potrafią wprowadzać skutecznie embargo i straszyć. Ale w takiej sytuacji, gdyby na świecie miał się wywiązać jakiś szerzej rozprzestrzeniony, globalny konflikt, to sam fakt, że to jest demokratyczny Tajwan, też nam nie za bardzo pomoże, bo statek z Tajwanu i tak nie dopłynie.
Są oczywiście pewne komponenty, których nie da się po prostu pozyskać w Europie. Jeżeli się da, to zawsze pozyskujemy je z Europy. Szukamy jak najbliżej. Najpierw Polska, potem Europa, potem NATO, a potem dopiero reszta świata. Uwiarygodnia nas to, że mamy w miarę krótki łańcuch dostaw.
Dziękuję za rozmowę.
Czytaj także:
