Jeszcze kilka lat temu 9 maja pozostawał dla Ukrainy świętem obchodzonym niemal identycznie jak w Rosji. Dopiero pełnoskalowa wojna ostatecznie przecięła tę symboliczną więź. Kijów przesunął obchody zakończenia II wojny światowej na 8 maja, idąc drogą Polski i państw bałtyckich, które po upadku bloku wschodniego odrzuciły radziecki kalendarz pamięci historycznej. Dziś dla Ukrainy 9 maja nie ma już większego znaczenia politycznego. Dla Rosji przeciwnie. To jeden z fundamentów państwowej propagandy, symbol imperialnej ciągłości i militarnej potęgi. Dlatego każda groźba zakłócenia moskiewskiej defilady traktowana jest na Kremlu wyjątkowo poważnie.
Zdjęcie: @Russia via X
Dlatego właśnie pojawiła się propozycja krótkiego rozejmu na 8-9 maja, którą Moskwa skierowała do Kijowa. Nie chodziło o gest dobrej woli. Kreml potrzebuje spokojnego dnia na Placu Czerwonym bardziej niż Ukraina spokojnego frontu. Sam fakt, że Rosja zaproponowała zawieszenie działań dokładnie w czasie obchodów Dnia Zwycięstwa, pokazuje skalę obaw związanych z bezpieczeństwem defilady.
Zwłaszcza że ukraińskie drony od miesięcy regularnie docierają setki kilometrów w głąb rosyjskiego terytorium. Ataki na rafinerie, składy paliw, zakłady przemysłowe czy lotniska strategiczne przestały być incydentami. Stały się elementem stałej kampanii prowadzonej przeciwko rosyjskiemu zapleczu. W ostatnich tygodniach bezzałogowce pojawiały się również nad Moskwą.
W nocy z 3 na 4 maja jeden z nich uderzył w apartamentowiec przy ulicy Mosfilmowskiej, zaledwie kilka kilometrów od Kremla. Niedługo później odwołano próbę generalną przed defiladą. Oficjalnie z powodów bezpieczeństwa i sytuacji operacyjnej. Nieoficjalnie dlatego, że rosyjskie dowództwo uznało ryzyko kolejnego ataku za zbyt duże.
Wojenna defilada
Tegoroczne obchody od początku wyglądają inaczej niż w poprzednich latach. Rosja ograniczyła skalę uroczystości. Według informacji pojawiających się w rosyjskich mediach parada ma odbyć się bez ciężkiego sprzętu. To dość znacząca zmiana. Przez lata bowiem przejazd czołgów, bojowych wozów piechoty czy systemów rakietowych był centralnym elementem pokazu. Teraz Kreml najwyraźniej uznał, że ryzyko związane z koncentracją sprzętu w centrum Moskwy jest zbyt duże albo zwyczajnie nie chce pokazywać skali strat ponoszonych na froncie (Tegoroczna defilada w Moskwie po raz pierwszy bez techniki lądowej).
Równocześnie rosyjskie media społecznościowe zaczęły informować o przerzucaniu systemów przeciwlotniczych nawet spod frontu do ochrony stolicy. Szczególnie dotyczy to zestawów Pancyr-S1 rozmieszczanych przy strategicznych obiektach. Problem polega jednak na tym, że rosyjska obrona przeciwlotnicza, choć rozbudowana warstwowo i teoretycznie bardzo silna, ma coraz większe trudności ze zwalczaniem małych bezzałogowców.
Najniższą warstwę osłony tworzą właśnie przede wszystkim systemy Pancyr-S1, ale też zestawy artyleryjskie ZU-23-2 oraz przenośne wyrzutnie przeciwlotnicze. W teorii są to systemy zdolne do skutecznego zwalczania dronów. W praktyce ich efektywność okazuje się dużo niższa od deklarowanej. Na podstawie relacji między liczbą odpalonych pocisków a trafieniami można ją szacować na około 50-70 proc., zależnie od rodzaju celu i warunków ataku.
Rosjanie mają też coraz większy problem z liczbą dostępnych zestawów. Straty ponoszone na froncie nie są rekompensowane przez produkcję przemysłową. Dlatego część systemów zdjęto z Ukrainy i przesunięto do ochrony infrastruktury strategicznej w głębi kraju. Tyle że pojedyncze zestawy rozmieszczone punktowo nie tworzą szczelnej osłony. Mogą zabezpieczać konkretne obiekty, ale nie są w stanie zbudować ciągłej strefy ochronnej nad ogromną aglomeracją, jaką jest Moskwa.
Średnią warstwę obrony tworzą systemy Buk-M2 i Buk-M3. Zostały zaprojektowane przede wszystkim do zwalczania samolotów, śmigłowców, pocisków manewrujących i częściowo pocisków balistycznych krótkiego zasięgu. W przypadku takich celów ich skuteczność rzeczywiście pozostaje wysoka i w warunkach testowych przekracza 80-90 proc. Problem polega na tym, że wojna na Ukrainie wygląda dziś zupełnie inaczej niż scenariusze zakładane przez rosyjskich konstruktorów kilkanaście lat temu.
Ograniczenia obrony przeciwlotniczej
Szczególnie widoczne stały się ograniczenia rosyjskiej artylerii przeciwlotniczej. Okazało się bowiem, że przy zwalczaniu niewielkich bezzałogowców często skuteczniejsze od nowoczesnych systemów rakietowych są stare działa obsługiwane ręcznie. Dlatego wokół rafinerii, portów czy magazynów paliw coraz częściej pojawiają się zestawy ZU-23-2 pamiętające jeszcze czasy ZSRR. Ich możliwości pozostają jednak bardzo ograniczone. Brakuje nowoczesnych systemów kierowania ogniem, głowic optoelektronicznych i automatycznego śledzenia celu.
Kontrast dobrze pokazuje przykład polskiego systemu PSR-A Pilica. Polski zestaw otrzymał stabilizowaną głowicę optoelektroniczną zdolną do obserwacji, wykrywania i identyfikacji celów niezależnie od uzbrojenia oraz warunków atmosferycznych. Rosyjscy operatorzy w wielu przypadkach nadal muszą polegać głównie na obserwacji wzrokowej i ręcznym naprowadzaniu ognia. Przy atakach prowadzonych nocą przez małe drony lecące na niskiej wysokości oznacza to bardzo ograniczoną skuteczność.
Jednak nawet najbardziej rozbudowana obrona przeciwlotnicza nie daje pełnej szczelności. Szczególnie wobec ataków saturacyjnych prowadzonych jednocześnie przez wiele dronów i wspieranych wabikami. W takich sytuacjach część celów niemal zawsze przedostaje się przez osłonę. Tym bardziej że ukraińskie ataki są coraz lepiej planowane i koordynowane. Kijów systematycznie zwiększa produkcję bezzałogowców dalekiego zasięgu, a jednocześnie stale analizuje reakcje rosyjskiej obrony.
Wizerunkowa katastrofa
Z wizerunkowego punktu widzenia nawet pojedynczy dron, który dotarłby w pobliże Placu Czerwonego, byłby dla Kremla problemem dużo większym niż realne zniszczenia. Tu chodzi przede wszystkim o wymiar psychologiczny i propagandowy. Rosyjskie państwo od lat buduje obraz Moskwy jako twierdzy pozostającej poza zasięgiem wojny. Udany atak podczas najważniejszego święta państwowego oznaczałby pokazanie milionom Rosjan, że konflikt już dawno dotarł do centrum imperium.
Dlatego Kreml reaguje tak nerwowo. I dlatego Zełenski pozwala sobie na coraz bardziej otwarte sugestie dotyczące możliwej „obecności” ukraińskiej armii na moskiewskiej defiladzie. Nawet jeśli ostatecznie do ataku nie dojdzie, sama groźba okazuje się skutecznym narzędziem oddziaływania. Zmusza Rosję do przerzucania systemów przeciwlotniczych, ograniczania skali uroczystości i budowania atmosfery zagrożenia wokół wydarzenia, które miało być demonstracją siły państwa Putina.
Paradoks polega na tym, że właśnie w ten sposób Ukraina już częściowo osiągnęła swój cel. Tegoroczna defilada nie będzie pokazem pewności siebie. Będzie demonstracją państwa, które boi się własnego święta. I to jest już porażką samą w sobie.
Czytaj także:
