Przejdź do serwisu tematycznego

Samopal vz. 48

W czasie, kiedy Polska sortowała ruiny Warszawy i prowadziła inwentaryzację zagrabionych dzieł sztuki i środków produkcji, za naszą południową granicą rozwijała się najnowocześniejsza armia Europy, wyposażona w mieszankę sprzętu niemieckiego, radzieckiego i wytworów własnej myśli technicznej.

Rezurekcja

Trzeba przyznać, że z drugiej wojny światowej Czechosłowacja wyszła znacznie mniej dotknięta rozmaitymi stratami niż Polska. Słowacja była wszak sojusznikiem Rzeszy i nie bardzo wypadało hitlerowcom zachowywać się tam, jak u nas, zaś Czechy, Morawy i Śląsk były traktowane jako doskonałe zaplecze techniczne. Nie bez powodów – czeskie czołgi Praga TNHP z krzyżami na pancerzach (jako Panzer 38 (t)) odegrały znaczącą rolę w podboju Polski, Francji i pierwszych miesiącach operacji Barbarossa, a na ich podwoziu skonstruowano niszczyciel czołgów Hetzer. Na terenie Protektoratu Czech i Moraw produkowano zarówno uzbrojenie lądowe, jak i lotnicze: pierwszymi samolotami myśliwskimi niepodległego Izraela były Avie S-199, czyli (niezbyt udane) Messerschmitty Bf-109G z silnikiem Jumo 211 pochodzącym z bombowca He-111 (szybko dołączyły do nich czechosłowackie Spitfire’y) – odrzutowe Avie S-92 (née Me-262) armia zostawiła dla siebie.

W dziedzinie broni strzeleckiej Czechosłowacy stali na uprzywilejowanej pozycji. Niemcy nie zniszczyli zakładów w takim stopniu, jak to się stało w Radomiu czy Stalowej Woli, a wkrótce po zakończeniu wojny ich projektanci rzucili się do desek kreślarskich, rozwijając pomysły własne, niekiedy przedwojenne, jak też niemieckie. Bracia Kouccy opracowali karabin samopowtarzalny ZK-420, ale prawdziwą rewolucję zwiastowały dwie konstrukcje: karabinek vz. 50 i pistolet maszynowy vz. 48. Wraz z karabinkiem vz. 50 opracowano własną amunicję pośrednią, 7,5 × 45 Z-49, wkrótce zaokrągloną do 7,62 × 45 mm (czyli do trzech linii). Ale prawdziwą bombą był „peem”…

Historia kołem się toczy

Podobno rozmaite wynalazki, zwłaszcza te epokowe, potrafią pojawić się na arenie dziejów niezależnie od siebie w różnych miejscach świata, niemal jednocześnie. Tak ponoć było z wynalezieniem koła czy wytopem metali; tak też było z zamkiem teleskopowym w pistoletach maszynowych. Zamkiem teleskopowym określa się takie rozwiązanie, w którym zamek nasuwa się nad lufę lub ją opasuje – jak w pistoletach samopowtarzalnych opartych na rozwiązaniach J. M. Browninga. Dzięki temu można znacznie zmniejszyć długość broni, poprawić jej wyważenie, zachowując jednocześnie odpowiednią masę zamka (co opisano w artykule Zastava M56: AKA – Jugoszmajser).

Mieli swój zamek teleskopowy Japończycy w „peemie” Typ II Model A i B, mieli Włosi w OG-44 Giovanniego Olianiego (niezwykle podobny do OG-44 był powojenny „peem” LF-57), wreszcie mieli… mieć Anglicy, którym nowoczesny, kompaktowy MCEM-2 zaprojektował polski duet Podsędkowski-Ihnatowicz, był wreszcie Bechowiec, prawdziwy „pistolet maszynowy” skonstruowany – o dziwo – przez samouka Henryka Strąpocia w podkieleckiej kuźni. W przeciwieństwie do wymienionych wcześniej konstrukcji, Bechowiec był wykorzystywany bojowo!

Zaszczyt wprowadzenia zamka teleskopowego na salony przypada jednak braciom Czechom (czy też Czechosłowakom). Po chwalebnym powrocie oddziałów walczących na Zachodzie, połączeniu ich z oddziałami walczącymi u boku (i pod czujnym okiem) Armii Czerwonej i stworzeniu Armii Republiki Czechosłowackiej okazało się, że posiadany sprzęt jest niekompatybilny, w różnym stopniu wyeksploatowany, a próba utrzymania tej mozaiki w stanie sprawności będzie kosztować krocie. Szybko ujawnili się więc „Wściekli”, którzy żądali przezbrojenia ACSR w najlepszą na świecie broń pochodzenia radzieckiego (a przy tym, co oczywiste, oczyszczenia armii z elementów burżuazyjnych i reakcyjnych). Oczywiście, największy sojusznik był niezwykle czuły na takie deklaracje i strumień broni „biez anałogaw w mirie” popłynął nad Wełtawę wartko i szeroko.

Tymczasem w zakładach w Brnie, Strakonicach i Uherskim Brodzie młodzi konstruktorzy postanowili dać Ojczyźnie to, co mogli zaoferować najlepszego. Sprzyjało im to, że komuniści musieli (przejściowo) tolerować obecność działaczy „londyńskich”, więc w kraju panowała (jeszcze) względna swoboda, również twórcza. Zamiast kolejnych wariacji na temat MP-40 czy „pepeszy”, spod ołówków wychodziły projekty „dziwne”, ale wnoszące powiew nowoczesności. Po długich pracach badawczo-rozwojowych na placu boju pozostały dwie konstrukcje – ZK-476 i CZ-447. Armia czechosłowacka wybrała CZ-kę, a ZK-476 rozpoczął podróż dookoła świata, docierając między innymi do Argentyny i Izraela, gdzie dokładnie go obejrzał uzbrojeniowiec Cahalu, Uziel Gal…

Samopal jaki jest...

CZ-447 został przyjęty w sierpniu 1948 roku jako Samopal („peem”) vz. 48. Do jego powstania przyczyniło się kilku czeskich konstruktorów, ale pierwsze skrzypce grał młody (rocznik 1923) Jaroslav Holecek. Wraz z zespołem stworzył on broń nowoczesną, nowatorską i rzeczywiście nie mającą (wówczas) odpowiedników na całym świecie. Pierwsze 200 000 wyprodukowanych egzemplarzy miało kaliber 9 × 19 mm Parabellum, wariant z kolbą stałą oznaczono jako Sa-23, zaś z kolbą składaną Sa-25. Kolejne 345 000 dostosowano do – już „jedynego słusznego” – naboju 7,62 × 25, popularnie zwanego „nabojem Tokariewa”, co jest równie poprawne jak sadownicze pomysły Miczurina i Łysenki, a oznaczano je odpowiednio jako Sa-24 i Sa-26.

W moje ręce trafił wariant ze składaną kolbą kaliber 7,62 × 25 mm. Pierwsze wrażenie było jak najbardziej pozytywne: broń jest składna, kompaktowa i wygodna. Jakie wrażenie musiała robić na początku służby na żołnierzach przyzwyczajonych do „pepesz” czy MP-40? A przecież dla laika jest to rzecz niepozorna: ot, rura jak ze starej pompki do kół, z rączką i pogrzebaczem. Nic bardziej mylnego! Czechosłowacki (jak dawno nie używałem tego słowa) „peem” to broń ciekawa i zaskakująca.

W porównaniu z wojennymi peemami, vz. 48 to broń kompaktowa

Trzymam zatem broń o umiarkowanej masie 3,27 kg i niewielkich rozmiarach: 445 mm z kolbą złożoną, 686 mm z kolbą rozłożoną. Dzięki dobremu rozmieszczeniu punktów podparcia tej masy prawie się nie czuje. Prawa dłoń obejmuje pękaty chwyt, lewa – gdy kolba jest złożona – ma do wyboru albo objąć łoże, albo rozłożyć stopkę kolby i wykorzystać ją w roli chwytu pionowego. Po rozłożeniu kolba jest zaskakująco sztywna, co jest zasługą zatrzasku o oryginalnej i przemyślanej konstrukcji. Co prawda, oparcie oferowane przez rozłożoną kolbę jest dalekie od optymalnego, ale coś za coś – dla wybrednych dostępny jest wariant Sa-24 z drewnianym wiosełkiem. Wygodniejszy, przyjemny w dotyku, ale zajmujący więcej miejsca i pozbawiony uroku niebanalnej konstrukcji, który cechuje „pogrzebacz”.

Dla estetów jest wersja w drewnie, na szczęście bez chromu

Chwyt pistoletowy jest odchylony do przodu, co wymaga pewnego oswojenia się ze strony użytkownika. Nietypowe odchylenie jest spowodowane użyciem amunicji w łusce butelkowej o dużej zbieżności – takie naboje wymagają albo użycia magazynka łukowego, albo kombinowania, jak w Sa-24/26. W tylnej, dolnej części chwytu znajduje się zwalniacz 32-nabojowego magazynka, jednakowo – w przeciwieństwie do Uzi – dostępny dla lewo- i praworęcznych. Sam magazynek ma klinowy przekrój, jest dwurzędowy z dwupozycyjnym wyprowadzeniem i zdecydowanie jest „mocnym punktem” tej broni.

Magazynek o przekroju klinowym gwarantuje niezawodne podawanie amunicji

Język spustowy jest dwuchodowy – to znaczy: krótkie ściągnięcie da strzał pojedynczy, a długie to „gaz do dechy”, oczywiście w wariantach kolekcjonerskich, samoczynnych. Opanowanie oddawania strzałów pojedynczych będzie wymagało nieco czasu i… amunicji 🙂 Za językiem spustowym, przy samej komorze zamkowej znajduje się przestawny bezpiecznik – wychylenie go w lewo odbezpiecza broń. Sama zasada działania bezpiecznika polega na zablokowaniu możliwości ściągnięcia spustu przez odpowiednie ukształtowanie wycięcia w blaszce bezpiecznika.

Bezpiecznik ma niezwykle prostą formę, tu w położeniu odbezpieczonym

Łoże jest nietypowe – po prawej stronie znajduje się na nim dziwne korytko. To kolejna niespodzianka tego „peemu”: prowadnica do ładowania magazynków z łódek. Armia czechosłowacka była bardzo przywiązana do łódkowanej amunicji i możliwość takiego ładowania magazynków ma też karabinek wz. 58. Patent ten genialnie upraszcza życie żołnierza – zamiast ładować magazynki pojedynczymi nabojami, umieszczamy łódkę w prowadnicy, przesuwamy magazynek wsuwając naboje, łódka wypada w stronę wylotu lufy, da capo cztery razy i fine. Jeżeli dysponujemy łódkami, to piorunujące wrażenie na kolegach ze strzelnicy gwarantowane!

Prowadnica do ładowania magazynków przy pomocy łódek nabojowych

Jak wspomniałem, komora zamkowa ma postać rury, co kapitalnie podnosi sztywność i trwałość. Posiada dwa wycięcia – niewielkie okno wyrzutowe i szczelinę rączki zamkowej. Wbrew pozorom szczelina rączki zamkowej jest zamknięta – czyżby więc rączkę wyjmowało się do rozkładania? Tak jakby, ale o tym dalej. Tylny koniec komory zamkowej posiada gwint przerywany (artyleryjski), na którym mocuje się nakrętkę komory zamkowej. W przedniej części komory wykonano obsadę lufy, zabezpieczonej wkrętką.

Jasiu, do czego jest dana rura? Do niczego, panie majster. Komora zamkowa i wycięcia okna wyrzutowego oraz szczeliny rączki zamkowej

Na komorze zamontowano przyrządy celownicze: regulowaną na boki muszkę w osłonie oraz odsłonięty celownik. Osłona muszki ma za zadanie dawać cień, bo tak masywnej muszki nie ma chyba nawet półcalówka M2. Za to celownik to majstersztyk: ma postać obrotowej miseczki ze szczerbinkami na 100, 200, 300 i 400 metrów. Ścianki mają różną wysokość, kompensując opad pocisku, a wycięcia szczerbin… przesuwają się w prawo, wraz ze wzrostem odległości strzelania. Ma to na celu kompensację derywacji – pocisk, obracając się wokół swojej osi po przejściu przez gwint, „turla się” zgodnie z kierunkiem obrotów odchodząc od linii celowania. Celownik „peemu” vz. 48 to w rzeczywistości „komputer” czy też kalkulator mechaniczny, wyręczający strzelca podczas strzelania od uciążliwych obliczeń. Ten celownik zrobił takie wrażenie na Niemcach z Oberndorfu, że od czasu G3 jest znakiem rozpoznawczym długiej broni HK.

Celownik stanowi majstersztyk inżynierski

…za to muszka mogłaby być delikatniejsza

Rączka zamkowa jest niewielka, ale łatwo się nią posługuje. Porusza się podczas strzelania, lecz nie przeszkadza w celowaniu. Skoro poruszyłem już temat rączki, żal byłoby nie strzelić.

Niewielka rączka zamkowa w zupełności wystarcza do przeładowania

Tarcza zawieszona, otoczenie sprawdzone, magazynek do gniazda – dzięki klinowemu przekrojowi zawsze wiadomo, gdzie przód a gdzie tył, nie ma możliwości włożenia magazynka tył do przodu (a instruktorzy pewnie znają „zdolnych”, jednej pani z amerykańskiej policji udało się tak włożyć magazynek do AR-a…). Rączka zamkowa do tyłu, wycelować, odbezpieczyć… pach-pach-pach. Za piątym razem udało mi się strzelić pojedynczym, ale to chyba był fart. Broń zachowuje się nerwowo – zupełnie inaczej niż dość podobna konstrukcyjnie Beretta M12. Odrzut jest krótki i mocny, oczywiście fakt posyłania serii zamiast pojedynczych strzałów nie pomaga mi w oswojeniu się z „peemem”. I to na słabszej, radzieckiej amunicji – czechosłowackie naboje M48 były kilkanaście procent mocniejsze: M48 opuszcza lufę z prędkością 550 m/s, a radziecki nie osiąga 500 m/s. Z czasem szło mi lepiej i nabierałem coraz większej ochoty na strzelanie z „czeszki”.

Przy pierwszym strzelaniu warto zająć stabilną postawę….

…ale potem można się rozluźnić

 

 

Anatomia i fizjologia

Po zakończonym strzelaniu trzeba sprawdzić komorę nabojową – i tu pojawia się problem. O ile zwykle w „peemach” kontrola polega na zerknięciu do tejże przez okno wylotowe, to w oknie vz. 48 widać… zamek. J. Holecek skonstruował swój „peem” jako niemal szczelny – okna wylotowe są dwa, jedno w komorze zamkowej, a drugie w samym zamku. Pokrywają się przez krótką chwilę potrzebną na ekstrakcję łuski – poza tym zamek zabezpiecza wnętrze broni przed zanieczyszczeniem przez rozmaite ciała obce. Podobnie rozwiązano kwestię szczeliny rączki zamkowej.

Wyjmujemy zatem magazynek. Jako że broń strzela z zamka otwartego, komora nabojowa powinna być pusta, ale nie ryzykujemy i ostrożnie opuszczamy zamek do przodu, sprawdzając obecność naboju. Gdy mamy pewność, że lufa jest pusta, możemy przystąpić do rozkładania broni.

W tym celu wciskamy przycisk w centrum nakrętki komory zamkowej. Następuje rozłączenie czopów na tarczce urządzenia powrotnego…

Czopy na tarczce…

…i otworów w nakrętce.

… i otwory w nakrętce

To sprzężenie uniemożliwia odkręcenie nakrętki podczas strzelania – kolejny ciekawy patent! Teraz możemy obrócić nakrętkę o około 30 stopni i zdjąć ją z komory. Gwint nakrętki jest artyleryjski, przerywany i bardzo mocny.

Artyleryjski gwint na komorze zamkowej

Następnie wyciągamy tarczkę z żerdzią urządzenia powrotnego. Warto obserwować rączkę zamkową – na końcu szczelina rozszerza się do rozmiarów odpowiadających rączce, a gdy rączka osiągnie ów powiększony otwór – chowa się do wnętrza zamka niczym kiosk zanurzającego się okrętu podwodnego. Dzięki temu udało się uniknąć osłabienia komory, co przy „gorącej” amunicji M48 miałoby nieciekawe skutki.

Szczelina rączki zamkowej na końcu powiększa się, by rączka mogła przejść w pełne zanurzenie

Rączka zamkowa za moment schowa się do wnętrza zamka

Czopy na tarczce i otwory w nakrętce zamka

Po wyjęciu zespołu ruchomego możemy go dokładnie wyczyścić i oglądnąć. Czoło zamka znajduje się… w tylnej części, za oknem wylotowym zamka. Taka konstrukcja zamka, oprócz znacznego skrócenia całej broni, chroni strzelca w przypadku rozerwania łuski – a broń działa na zasadzie wyrzutu zamka (ang. advanced primer ignition, API). Oznacza to, że iglica zbija spłonkę PRZED całkowitym wprowadzeniem łuski do komory nabojowej. Dla mnie zawsze będzie to brzmiało trochę niebezpiecznie, ale… to działa, powodując mniejszy odrzut broni oraz bardziej „miękkie” działanie mechanizmów.

Zamek otacza lufę na znacznej długości

Przednia ściana zamka pełni rolę klucza. Aby wykręcić wkrętkę lufy, należy przyłożyć wycięcia w zamku do występów wkrętki i odkręcić rzeczony element. Przyznam szczerze: gdy to zobaczyłem, to mnie zamurowało. Czescy konstruktorzy rozbili bank ze znakomitymi pomysłami.
Pod wkrętką znajduje się podkładka sprężysta, która oprócz zabezpieczenia wkrętki pełni rolę strzemienia do pasa nośnego i blokady stopki kolby.

Zaczep do kolby i strzemię do pasa

Po wyjęciu wkrętki i podkładki można swobodnie wyjąć lufę o sporej jak na „peemy” długości 284 mm. W oryginale rozwiązanie to pozwalało wymienić ją na speclufę do ślepaków, a nam pozwala na dokładne jej wyczyszczenie i kontrolę stanu przewodu. Warto wspomnieć o jednym drobiazgu, którego „peem” vz. 48 jest pozbawiony – o bagnecie. Widać bracia Czesi oparli się swego rodzaju modzie, a był to czas, w którym bagnet na „peemie” nikogo nie dziwił.

Wspomniana blokada stopki kolby działa w ten sposób, że ząb na podkładce sprężystej zachodzi za powierzchnię stopki kolby. By rozłożyć kolbę lub złożyć ją ze stopką w roli chwytu pionowego, należy wcisnąć zatrzask na stopce i obrócić ją o około 45 stopni.

Aby zwolnić stopkę kolby z zaczepu, obracamy ją o około 45 stopni

Następnie odchylamy ramię kolby do tyłu, a stopkę obracamy z powrotem do położenia pionowego. Kolba zatrzaskuje się w położeniu rozłożonym. Składanie kolby przypomina mi operowanie blokadą Axis Lock w nożach składanych firmy Benchmade tyle że zamiast kołka przesuwamy całe ramię kolby w tył. Obsada kolby obniża się wówczas i można ją obrócić na zawiasie. Ponieważ luzy kasowane są w dwóch osiach, kolba jest (jak na tę klasę broni) niesamowicie sztywno zamocowana. Stopkę złożonej kolby można również ustawić horyzontalnie, co ułatwia składowanie.

Aby złożyć kolbę, należy ramię pociągnąć do tyłu, a następnie złożyć na bok

 

Czechosłowacki Victorinox

„Peem” vz. 48 nie cieszy się popularnością i sławą, na które zasługuje jako protoplasta III generacji tej klasy broni. Całą sławę zgarnęło Uzi i to izraelski „peem” stał się elementem popkultury. Owszem, czechosłowacka broń odniosła sukces eksportowy: ze świecą szukać w Europie wariantów Sa-23/25 (a jeżeli są, to kosztują 30.000 koron / 5300 zł, podczas gdy Sa-26 „chodzi” po 11.000 koron / 1900 zł za broń samoczynną, według kursu z połowy kwietnia 2021 r.). Łatwo dostępne są natomiast wersje Sa-24/26. Czy warto nabyć ten „peem”? W mojej opinii jak najbardziej. Konstruktorzy stworzyli strzelający odpowiednik scyzoryka szwajcarskiej armii, pełen ułatwień i rozwiązań powalających elegancją prostoty i zdrowego rozsądku (mimo, że nakazano im przystosować broń do niespecjalnie odpowiedniej amunicji). Dokładnymi kopiami czeskiej broni były rodezyjski „peem” LDP i jego reinkarnacja z RPA, Sanna-77. Ironią losu, broń „elementów postępowych” została skopiowana, by stawić im czoła, jednak nie uratowała Rodezji, a i Afrykanerom nie wiedzie się najlepiej… Cóż to za frajda ładować magazynki z łódek w prowadnicy, testować celownik odkładający poprawki, a potem rozkładać i składać równie prostą i przemyślaną broń. Być może zabrzmi to jak herezja, ale mając do wyboru Uzi i vz. 48, wybrałbym ten drugi. A i żona byłaby zadowolona, bo zostałoby na małe świecidełko 😛

Jak po czesku będzie my precious? 😉

 

Dziękujemy Leśnemu Dziadkowi (wunderwaffe.pl) za użyczenie broni do testów.

Dodatkowe zdjęcia

Wideo

Dziękujemy Leśnemu Dziadkowi za użyczenie broni na potrzeby artykułu.

Sprawdź podobne tematy, które mogą Cię zainteresować

TEST: Bergara BMR w .22 LR

Bergara Micro Rimfire to najnowszy model ze stajni hiszpańskiego producenta. Zaprezentowany w maju 2021, dostępny na rynku od października, dotarł do Polski w pierwszych dniach grudnia. Jak…

TEST: IWI MASADA. Izraelski bezkurkowiec

Wybraźcie sobie, jakie podniecenie nas ogarnęło, gdy dostaliśmy informację o bezkurkowym pistolecie z polimerowym szkieletem wyposażonym w magazynek na 17 naboi, który ma do nas trafić na testy.…

Komentarze

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.

Dodaj komentarz

X