Wizja najgorszego scenariusza
Czytając Żelazny Legion czułem cały czas chłód na karku. Jakby powiew z klimatyzacji, a może dotknięcie lufy…?
Zacznę od końca, od podsumowania: w różnych ministerstwach (zwłaszcza w MON, MSZ, MSWiA), sztabach brygad i dywizji, dowództwach Straży Granicznej i Policji w urzędach marszałkowskich „Żelazny Legion” powinien zostać przeczytany i niezwłocznie wykorzystany jako podstawa scenariusza gry sztabowej. Wspomniany lód na szyi brał się z przekonania, że jeżeli Rosjanie i Białorusini ruszą do ataku na kraje bałtyckie, to będzie to wyglądało dokładnie jak w książce: nie „Felony” penetrujące naszą przestrzeń powietrzną, nie „Kalibry” i „Iskandery” demolujące naszą infrastrukturę. Zacznie się od zmasowanego ataku „bronią D”, a głównym orężem orków będzie nasze człowieczeństwo i procedury.
Combined arms
W najnowszej książce Vladimir Wolff zabiera nas w podróż przede wszystkim po krajach bałtyckich, koncentrując się na Litwie i Łotwie. Ale wszystko zaczyna się w białoruskim Grodnie, gdzie pozornie kryminalne zdarzenie uruchamia kaskadę zdarzeń. Zaiste, niczym bohaterowie „Iliady” w rękach olimpijskich bogów, kolejni uczestnicy zdarzeń są wciągani przez odkurzacz narracji, a żaden moment nie jest odpowiedni by przerwać lekturę. Autor czerpie hojnymi garściami inspirację z rzeczywistych zdarzeń i postaci, prowadząc rozwój akcji w mistrzowski sposób kreśli wyraziste życiorysy – i niczym G.R.R. Martin nie zamierza nadużywać formuły „…i żyli długo i szczęśliwie”.
Prezentowane są również technikalia. Czołgi „Black Panther” grają po naszej stronie pierwsze skrzypce, drugie należy do śmigłowców „Apache”. Czego używa wróg – nie zdradzę, bo nie chcę psuć niespodzianki. Ale nie, nie są to niewidzialne czołgi „T-14”. Oczywiście pojawia się sporo dronów, a także jednostek pływających rozmaitej wielkości i przeznaczenia, ale to elementy tyleż niezbędne, co będące niczym Gogolowska strzelba częścią scenografii.
Wojna nie tylko z perspektywy pola bitwy
Bodaj czy nie najważniejsza część książki ulokowana jest w gabinetach; kwestie polityki wewnętrznej i zagranicznej narzucają kierunek i tempo ludziom i maszynom. Jak zachowają się nasi przywódcy? Jak postąpią sojusznicy? Kto zasłuży na to miano? Kto nam pomoże, kto zaszkodzi, komu my pomożemy a komu zaszkodzimy? Pozwolę sobie na leciutki przeciek: możemy być z siebie dumni, z tej wersji opisanej w książce. A jak byłoby w rzeczywistości?
„Grodno, Republika Białorusi. 15 kwietnia 202...”
Charakterystyczną cechą powieści są wskazania miejsca i czasu i akcji. „Grodno, Republika Białorusi. 15 kwietnia 202…” – te trzykropki wzmacniają chłód na karku. Brzmią jak kasandryczna przepowiednia, w którą być może nie chcemy wierzyć. Lepiej jednak potraktować „Żelazny Legion” jak doskonałe studium i zastanowić się co ja zrobiłbym w takiej sytuacji?. I dotyczy to zarówno ministra, generała jak i każdego z nas, bo cytują klasyka „wojna to system” (ukłony, panie Norbercie!) i każdy zostanie w ten czy w inny sposób wciągnięty przez dziejowy odkurzacz.
Dziękujemy wydawnictwu WarBook za udostępnienie powieści „Żelazny Legion” autorstwa Vladimira Wolffa.
