Czytając polityków polskiej prawicy i komentarze pod ich wpisami coraz mocniej popieram obowiązkowe badania psychiatryczne przed przejęciem mandatu parlamentarnego i przejście obowiązkowego choćby podstawowego przeszkolenia wojskowego. Nie wspominając o tym, że politycy ze szczególną gorliwością powinni być karani za rozsiewanie fałszywych informacji i manipulowanie faktami. Takiej ilości twierdzeń mijających się z faktami dawno nie czytałem. A przerażające jest to, że działo się to przy poklasku wyborców.
Pojawienie się na Grenlandii niewielkich grup żołnierzy z kilku państw NATO nie było ani demonstracją siły, ani początkiem stałego rozmieszczenia wojsk. Był to klasyczny rekonesans operacyjno-logistyczny. Celem takich grup nie jest prowadzenie działań bojowych ani nawet ich przygotowanie w sensie bezpośrednim. Ich zadaniem jest zebranie danych, których nie da się w pełni pozyskać zza biurka w sztabie, nawet dysponując zdjęciami satelitarnymi i raportami wywiadowczymi.
Rekonesans w tym wydaniu obejmuje ocenę infrastruktury portowej i lotniskowej, realnych możliwości przyjęcia wojsk sojuszniczych, dostępności paliw, magazynów, zaplecza technicznego, dróg dojazdowych, warunków zakwaterowania oraz lokalnych ograniczeń środowiskowych. Obejmuje także sprawdzenie procedur współpracy z administracją cywilną i siłami gospodarza, w tym z władzami Danii, która formalnie odpowiada za obronę wyspy. To są kwestie, których nie da się wiarygodnie ocenić bez fizycznej obecności na miejscu.
Szybkie działanie
Dlaczego były to tak małe siły i dlaczego wróciły po dwóch–trzech dniach? Ponieważ rekonesans z definicji jest działaniem ograniczonym w czasie i skali. Kilkunasto- czy kilkudziesięcioosobowy zespół specjalistów jest w stanie w ciągu kilku dni wykonać swoje zadania, sporządzić raporty, przeprowadzić konsultacje i wrócić do kraju. Utrzymywanie ich na miejscu dłużej nie miałoby żadnego sensu, a jedynie generowałoby koszty.
Warto też jasno powiedzieć, że nie mieliśmy do czynienia z allied reinforcement, czyli realnym wzmocnieniem wojskowym regionu, lecz z preventive deployment w jego najłagodniejszej, rozpoznawczej formie. To zasadnicza różnica, którą część komentatorów konsekwentnie ignoruje lub zwyczajnie nie rozumie. Wzmocnienie sojusznicze oznaczałoby rozmieszczenie jednostek bojowych, zaplecza logistycznego i struktur dowodzenia. Tymczasem Grenlandia zobaczyła co najwyżej symboliczne kontyngenty, które miały przygotować grunt pod ewentualne decyzje polityczne na przyszłość, a nie je realizować.
Fakt, że część grup rekonesansowych wróciła do macierzystych krajów, a inne mogą pozostać chwilowo jako element przyjmujący przyszłe, również symboliczne kontyngenty, jest naturalnym elementem procesu planistycznego. Najpierw zbiera się dane, potem je analizuje, a dopiero na końcu zapadają decyzje polityczno-wojskowe. Odwracanie tej kolejności byłoby przejawem amatorszczyzny, na którą NATO akurat nie może sobie pozwolić.
W uproszczeniu można powiedzieć, że żołnierze wysłani na Grenlandię zrobili dokładnie to, co robi się przed każdą większą operacją lub ćwiczeniem: sprawdzili warunki, ustalili realne możliwości i ograniczenia, a następnie zdali meldunek. To odpowiednik wejścia do restauracji przed dużym przyjęciem, sprawdzenia cen, menu i dostępności miejsc oraz zarezerwowania stolików. Bez tej wizyty organizowanie imprezy byłoby czystą improwizacją.
Głupota czy zdrada?
Problem polega na tym, że część prawej strony sceny politycznej próbuje interpretować każdy ruch NATO w kategoriach sensacji, zdrady lub tajnego planu podporządkowania Polski i Europy obcym interesom. Tego typu narracje nie mają nic wspólnego z rzeczywistością wojskową, za to dobrze wpisują się w logikę medialnego wzmożenia angażującego własne bańki społecznościowe. Rekonesans nie jest ani okupacją, ani eskalacją. Jest narzędziem planowania, stosowanym przez wszystkie nowoczesne armie świata, niezależnie od ich orientacji politycznej.
Grenlandia pozostanie obszarem zainteresowania NATO, podobnie jak cała Arktyka. To nie oznacza jednak, że jutro zobaczymy tam dywizje pancerne czy stałe bazy bojowe. Oznacza natomiast, że Sojusz chce wiedzieć, co realnie jest możliwe, zanim ktokolwiek zacznie składać polityczne deklaracje. I właśnie po to wysyła się niewielkie, krótkotrwałe grupy rekonesansowe. Cała reszta to publicystyczna fantazja, która z wojskową rzeczywistością ma niewiele wspólnego.
Bardzo dobrze opisał ten wypad mjr pil. rez. Michał Fiszer: zajrzeli do knajpy sprawdzić ceny i zarezerwować stoliki przed główną imprezą. Jeśli wszystko gra, to za chwilę może pojawić się większa grupa i zasiąść przy stoliku. Kto tak nie robił włócząc się bez celu większą grupą w piątkowy wieczór? Może ta analogia przemówi do niektórych. Choć i tak można wątpić.
Czytaj także:

