Gdy SAFE był na etapie projektowania, w obozie PiS dominował entuzjazm. Mówiono o konieczności szybkiego działania, o tym, że Europa wreszcie zaczyna traktować bezpieczeństwo poważnie, a Polska powinna być w awangardzie. Dziś ten entuzjazm wyparował i został zastąpiony narracją o niemieckim projekcie, który rzekomo ma drenować polski budżet. Trudno o lepszy przykład politycznej wolty wykonywanej bez mrugnięcia okiem.
KF51 Panther od Rheinmetall AG / Zdjęcia: Jakub Link-Lenczowski, MILMAG
Symboliczna jest tu wypowiedź Mariusza Błaszczaka, który straszył, że środki z SAFE wcale nie muszą trafić do Polski. Znając podejście Donalda Tuska, możemy się spodziewać, że w pierwszym etapie pieniądze nie zostaną wykorzystane, żeby w drugim etapie mogły być wykorzystane przez niemiecki przemysł zbrojeniowy – mówił.
To zdanie brzmi groźnie, dopóki nie zada się prostego pytania: w jaki sposób? Które konkretnie niemieckie programy miałyby zostać sfinansowane polskimi pieniędzmi, skoro Polska nie kupuje niemieckich czołgów, nie kupuje niemieckich BWP, nie kupuje niemieckiej artylerii i nie ma dziś ani jednego dużego kontraktu zbrojeniowego z Niemcami?
Zakupy w Niemczech
Jeśli spróbować na chłodno odpowiedzieć na pytanie, co Polska w ogóle mogłaby dziś kupić w Niemczech, to obraz ten zupełnie nie pasuje do apokaliptycznych wizji roztaczanych przez polityków PiS. Niemiecki przemysł zbrojeniowy jest silny, nowoczesny i kompetentny, ale problem polega na tym, że w niemal każdej kluczowej kategorii sprzętu Polska albo już dokonała zakupów gdzie indziej, albo rozwija własne rozwiązania, które politycznie i operacyjnie mają pierwszeństwo.
W segmencie czołgów sprawa jest zamknięta. Polska nie tylko nie planuje zakupów, ale wręcz wychodzi z niemieckiej ścieżki, stawiając na Abramsy z USA i K2 z Korei Południowej, a w dalszej perspektywie na własne kompetencje. Trudno więc poważnie twierdzić, że SAFE miałby być wehikułem do wciskania Polsce Leopardów czy ich następców produkowanych przez KNDS Deutschland czy alternatywy Rheinmetall AG. Tego tematu po prostu nie ma ani w planach modernizacyjnych, ani w jakiejkolwiek debacie.
Podobnie wygląda sytuacja w artylerii. Polska zainwestowała ogromne środki w Kraba i rozwój krajowych zdolności produkcyjnych. Jeśli ktoś podkopywał polski produkt to właśnie PiS, który z półki kupił południowokoreańskie K9, będące konkurencją dla polskiego sprzętu. Niemieckie systemy artyleryjskie, nie są dziś dla Polski ani priorytetem, ani realną alternatywą. To samo dotyczy systemów rakietowych, gdzie ciężar zakupów i rozwoju przesunął się w stronę USA, Korei oraz własnych programów.
Jedyną kategorią, w której niemiecka oferta rzeczywiście mogłaby się pojawić w poważnej dyskusji, są ciężkie bojowe wozy piechoty. Jeśli chodzi o ciężkie wozy, to konstrukcje rozwijane przez Rheinmetall AG uchodzą za jedne z najlepszych w Europie, a pod względem ochrony i siły ognia wyznaczają standardy. Tyle że to właśnie tutaj polityka brutalnie zderza się z techniką. Zakup niemieckiego BWP, nawet jeśli wojskowo miałby sens, w obecnym klimacie politycznym jest w Polsce praktycznie nie do przeprowadzenia. I doskonale wiedzą o tym ci sami politycy, którzy dziś straszą zalewem niemieckiego sprzętu.
Jeśli szukać realnego, a nie wyobrażonego przykładu niemieckiego sprzętu, który mógłby trafić do Polski, to najczęściej pojawia się lekki śmigłowiec wielozadaniowy H145M produkowany przez europejski Airbus Helicopters, w którym udziały ma kilka państw członkowskich. To konstrukcja sensowna do zadań szkolnych, łącznikowych i wsparcia sił specjalnych, a więc uzupełnienie, a nie zamiennik dla ciężkich maszyn bojowych. Nawet w tym przypadku mówimy jednak o relatywnie niewielkiej skali zakupów i potencjalnym montażu oraz obsłudze realizowanej w Polsce. Trudno więc uznać H145M za dowód na to, że SAFE ma stać się kanałem transferu miliardów euro do niemieckiego przemysłu kosztem polskich interesów. Warto również nadmienić, że na zakup podobnych śmigłowców zdecydowali się Amerykanie, u których EC145 został przyjęty do służby jako UH-72 Lakota, więc taki zakup byłby w zasadzie unifikacja szkolenia amerykańskich i polskich pilotów Apache.
Poza tymi obszarami pozostają jeszcze elementy mniej spektakularne, ale: elementy systemu wsparcia, logistyki, komponenty do obrony przeciwlotniczej, technologie amunicyjne czy rozwiązania w zakresie zabezpieczenia pola walki. Tyle że mówimy tu o niszowych zakupach, a nie o kontraktach, które mogłyby zdominować strukturę wydatków z SAFE. Co więcej, w wielu z tych obszarów rząd deklaruje chęć lokowania produkcji w Polsce lub przynajmniej budowy krajowych zdolności serwisowych.
„Utrata suwerenności”
Szef BBN, Sławomir Cenckiewicz, przekonywał, że SAFE to kolejny instrument podporządkowywania państw narodowych interesom największych graczy i że Polska powinna bronić swojej autonomii zakupowej. Przy okazji wprost stwierdził, że zakupy powinny być robione w USA i dostosowane do amerykańskiej doktryny obronnej.
Znów wali hipokryzją w oczy, że aż szczypie. Bo ta autonomia zakupowa za rządów PiS polegała na braniu drogich kredytów w USA i Korei Południowej, często bez realnego transferu technologii i z gigantycznymi odsetkami, który będziemy spłacać jeszcze przez długie lata.
Tu dochodzimy do sedna hipokryzji. Gdy PiS rządził, wysokie oprocentowanie nie było problemem. Kredyty na poziomie 5-6 proc. uchodziły za konieczny koszt bezpieczeństwa. Dziś, gdy Polska może sięgnąć po finansowanie na poziomie około 3,3 proc., nagle pojawia się troska o suwerenność i ostrzeżenia przed obcym dyktatem. Różnica między tymi dwoma poziomami oprocentowania to nie jest detal. To są miliardy złotych w skali programu, które albo zostają w polskim budżecie, albo wypływają w formie odsetek.
>>>Nie taki zły SAFE jak go (niektórzy) malują<<<
W wersji bez SAFE Polska oczywiście dałaby sobie radę. Mogłaby dalej kupować sprzęt, emitować obligacje, zadłużać się na rynkach międzynarodowych. Tylko że byłaby to droga wyraźnie droższa i znacznie bardziej jałowa rozwojowo. Więcej pieniędzy poszłoby na obsługę długu, mniej na inwestycje w krajowe linie produkcyjne, w amunicję, w zaplecze serwisowe i kompetencje, które decydują o realnej sile przemysłu obronnego, a nie tylko o liczbie zakontraktowanych platform.
SAFE – wbrew temu, co dziś słyszymy – nie odbiera Polsce kontroli. Unia sprawdza wyłącznie, czy projekt spełnia formalne kryteria udziału europejskiego przemysłu. Po uruchomieniu finansowania nie ma żadnego paska, żadnego zdalnego sterowania.
Co więcej, Polska wynegocjowała możliwość finansowania przez pierwszy rok projektów wyłącznie krajowych. To rozwiązanie skrojone dokładnie pod potrzeby naszego przemysłu, a nie pod interesy Berlina czy Paryża.
Cała ta awantura o SAFE nie jest więc sporem o bezpieczeństwo, lecz o dokopanie politycznemu przeciwnikowi. O to, kto dziś głośniej krzyknie i szybciej podbije słupki. Tyle że bezpieczeństwa państwa nie buduje się pod sondaże, tylko pod dekady. I jeśli coś w tej historii naprawdę wygląda groźnie, to nie SAFE, lecz gotowość części klasy politycznej do sabotowania korzystnych rozwiązań tylko dlatego, że nie oni będą mogli przypiąć do nich własnej plakietki. Porównania do Targowicy nasuwają się same.
Czytaj także:
- Program SAFE (Security Action For Europe) jako fundament nowej europejskiej architektury zbrojeniowej i suwerenności przemysłowej
- Program San, czyli pierwszy polski kontrakt w ramach SAFE
- Portugalia kupi transportery opancerzone GTK Boxer w programie SAFE
- Posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego – wśród tematów SAFE
- MON: SAFE zwiększa potencjał obronny i przemysłowy naszego kraju
- Rumunia ujawniła listę zakupów w programie pożyczkowym SAFE
- Komisja Europejska zatwierdziła polskie wnioski do programu SAFE


