Ostatnio w sieci krąży historia dotycząca planów ewakuacyjnych przygotowywanych na wypadek klęsk żywiołowych i sytuacji kryzysowych. W wersji rozpowszechnianej przez rosyjskie trolle dokumenty te urastają do rangi „dowodu” na przygotowania do wysiedleń ludności. W tej opowieści pojawia się motyw rzekomej wymiany populacji, w której miejsce Polaków mieliby zająć Ukraińcy i Żydzi, a całość miałaby być już w toku, a jej szczyt miał przypaść na 22-23 kwietnia, co mają potwierdzać nawet loty zagranicznych samolotów do Polski. A konkretnie do Radomia. Czy ktokolwiek widział jakikolwiek wzmożony ruch w Radomiu? Czy wczoraj lub dziś, jakiekolwiek media donosiły o wysiedleniach?
Zdjęcie: Ministerstwo Obrony Federacji Rosyjskiej
O tym, że to kłamstwo putinowców świadczy nie tylko to, że w Radomiu nagle zaczęły lądować jakiekolwiek samoloty. Wystarczy spojrzeć na punkt wyjścia. Plany ewakuacyjne istnieją od lat, są częścią zarządzania bezpieczeństwem i reagowania kryzysowego. Każdy budynek użyteczności publicznej, centrum handlowe, szkoła czy biurowiec ma obowiązek posiadania procedur ewakuacji. I nie jest to żadna nowość ani element jakiegokolwiek nadzwyczajnego scenariusza, tylko efekt wieloletnich przepisów dotyczących ochrony życia i zdrowia ludzi.
Do tego dochodzą oznaczenia, które można znaleźć niemal wszędzie: tabliczki wskazujące punkty zbiórki po ewakuacji, drogi wyjścia, miejsca bezpiecznego gromadzenia osób po opuszczeniu budynku. Ich sens jest banalny i praktyczny jednocześnie. Chodzi o to, by w razie pożaru, awarii czy innego zagrożenia dało się szybko sprawdzić, czy wszyscy opuścili obiekt i czy ktoś nie potrzebuje pomocy. To element rutynowych procedur bezpieczeństwa, obecny w Polsce od dziesięcioleci, zgodny z normami obowiązującymi w całej Europie.
„Dowody”
W tej historii właśnie te tabliczki stały się „dowodem”. Wystarczy wyjąć je z kontekstu, zrobić zdjęcie, dorzucić sugestywny podpis i już mamy gotowy materiał do budowania niepokoju. Fakt, że te oznaczenia wiszą w tych samych miejscach od lat, przestaje mieć znaczenie. Liczy się narracja, nie ciągłość zdarzeń. A im bardziej coś jest powszechne i oswojone, tym łatwiej przekonać odbiorcę, że nagle nabiera nowego, ukrytego sensu.
Podobnie działa to z procedurami ewakuacyjnymi jako takimi. To nie są żadne tajne instrukcje, tylko obowiązkowe, publicznie dostępne dokumenty, które muszą być aktualizowane wraz ze zmianami w infrastrukturze i przepisach. Zarządcy budynków robią to regularnie, przy okazji przeglądów technicznych, audytów bezpieczeństwa czy modernizacji obiektów. Czasem oznacza to wymianę tabliczek, czasem aktualizację planów, a czasem po prostu dostosowanie ich do nowych wymogów. Nic spektakularnego, nic ukrytego, nic, co miałoby drugie dno.
Mechanizm, który tu działa, jest dobrze znany i powtarzalny w wykonaniu Rosjan. Bierze się element rzeczywistości, który jest neutralny albo wręcz oczywisty, a następnie dokłada do niego interpretację, która całkowicie zmienia jego znaczenie. W ten sposób zwykłe oznaczenie ewakuacyjne staje się „sygnałem przygotowań do wysiedleń”, a standardowa procedura bezpieczeństwa zaczyna pełnić rolę rzekomego dowodu na istnienie tajnych planów wobec społeczeństwa.
Zaufanie do państwa
W tle tego wszystkiego pojawia się jeszcze jeden element, który jest bardzo charakterystyczny dla działań Kremla, czyli podważanie zaufania do instytucji państwa. Bo kiedy już uda się zaszczepić przekonanie, że nawet najprostsze procedury mają ukryty sens, bardzo łatwo przejść do kolejnego etapu, czyli sugestii, że nic nie jest takie, jak się wydaje. Wtedy każda informacja staje się podejrzana, każdy dokument potencjalnie fałszywy, a każde działanie administracji może być interpretowane jako część większego, niejawnego planu.
I tu dochodzimy do sedna problemu. Tego typu narracje nie muszą być spójne ani konsekwentne. Wystarczy, że są wystarczająco sugestywne, żeby trafić na podatny grunt i uruchomić niepokój. Reszta dzieje się sama, bo emocje robią swoje, a sieć powiela treści szybciej niż jakakolwiek ich weryfikacja. W efekcie zwykła tabliczka informacyjna może stać się narzędziem budowania opowieści o zagrożeniu, które nie ma żadnego oparcia w faktach.
Najgorsze jednak w tym jest to, że polskie służby nie mają środków, aby tego typu kłamstwa penalizować, a konta trolli permanentnie blokować. Dlatego żyją sobie tego typu informacje i zataczają coraz większe kręgi. A polskie trzyliterówki mogą w zasadzie jedynie patrzeć.
Czytaj także:
- Rosja przechodzi do historii. Nikt wcześniej tak nie atakował
- Prawosławna cerkiew a Kreml. Ideologiczna wojna na Ukrainie
- Fakty nie przeszkadzają, gdy można winić Ukrainę. Polska przegrywa wojnę informacyjną
- Toporna rosyjska propaganda. A jednak ludzie w nią wierzą
- Wojna w Donbasie. Rosyjski fake news, który wciąż żyje własnym życiem
- Ruskie trolle wygrywają w Internecie. Polska ma problem
- Pseudopatriotyzm w służbie Putina
- „Siła w prawdzie”: Rosyjski pociąg do zwycięstwa w wojnie na kłamstwa historyczne
- Czy Tarcza Wschód zatrzyma rosyjski najazd informacyjny?
