Po raz pierwszy informacja o 2 mln obywateli ukrywających się przed poborem i 200 tys., którzy czasowo lub na stałe opuścili jednostki wojskowe, pojawiła się podczas debaty dotyczącej kolejnych zmian w prawie mobilizacyjnym oraz reformy systemu ewidencji wojskowej na początku tego roku. Wcześniej podobne liczby funkcjonowały wyłącznie w przeciekach medialnych, raportach organizacji pozarządowych i szacunkach dziennikarzy śledczych, ale nie były oficjalnie potwierdzane przez władze.
Zdjęcie: Ministerstwo Obrony Federacji Rosyjskiej
Decyzja o ujawnieniu tych danych właśnie teraz była w dużej mierze wymuszona sytuacją. Po trzech latach wojny państwo znalazło się pod rosnącą presją zarówno militarną, jak i społeczną. Armia potrzebuje uzupełnień, a dotychczasowy model mobilizacji przestał działać w sposób wystarczająco efektywny. Jednocześnie coraz trudniej było udawać, że problem ma charakter marginalny.
Liczba spraw sądowych dotyczących uchylania się od służby rosła, lokalne komisje wojskowe alarmowały o braku ludzi, a media regularnie opisywały przypadki masowego ignorowania wezwań. Do końca 2025 takich spraw było nieco ponad 11 tys. W tej sytuacji dalsze utrzymywanie fikcji groziło utratą wiarygodności nie tylko wobec społeczeństwa, ale także wobec zachodnich partnerów, którzy od dawna przyglądają się kondycji ukraińskiego zaplecza mobilizacyjnego.
Istotne znaczenie miała również reforma systemu ewidencji. Władze przyznały, że dopiero po połączeniu baz danych Ministerstwa Obrony, MSW, służby granicznej i administracji lokalnej stało się możliwe oszacowanie skali zjawiska w sposób bardziej uporządkowany. To właśnie wtedy okazało się, jak duża liczba mężczyzn formalnie figuruje jako osoby poszukiwane, choć w praktyce żyją normalnie w miastach, pracują i funkcjonują poza systemem. Ujawnienie tych liczb miało więc także charakter przygotowania gruntu pod dalsze zaostrzenie przepisów oraz rozszerzenie uprawnień aparatu państwowego.
Obywatele wiedzieli
Reakcje społeczne na publikację danych były ambiwalentne. Z jednej strony dla wielu Ukraińców nie było to żadnym zaskoczeniem. W komentarzach medialnych i mediach społecznościowych dominowało przekonanie, że rzeczywista skala problemu jest nawet większa, a oficjalne liczby są raczej dolnym niż górnym szacunkiem. Wielu ludzi odbierało te dane jako spóźnione potwierdzenie tego, co od dawna było widoczne gołym okiem, zwłaszcza w dużych miastach.
Z drugiej strony pojawiło się wyraźne poczucie niepokoju i frustracji. Dla rodzin żołnierzy walczących na froncie liczby te stały się symbolem nierówności i niesprawiedliwości. W przestrzeni publicznej coraz częściej pojawiały się pytania o to, dlaczego jedni od lat są rotowani na liniach frontu, a inni przez ten sam czas skutecznie unikają służby. Część komentatorów zwracała uwagę, że państwo samo ponosi odpowiedzialność za tę sytuację, tolerując przez długi czas korupcję i chaos administracyjny.
Nie brakowało również głosów obawiających się, że ujawnienie skali problemu może uderzyć w morale społeczne i wizerunek Ukrainy za granicą. Władze odpierały te zarzuty, argumentując, że transparentność jest konieczna, jeśli państwo chce realnie zmierzyć się z kryzysem mobilizacyjnym. W praktyce jednak dane te stały się kolejnym dowodem na to, że wojna coraz mocniej dzieli społeczeństwo na tych, którzy ponoszą jej bezpośredni ciężar, i tych, którzy potrafili się od niej odsunąć.
Zdjęcie: Biuro prezydenta Ukrainy
W Rosji podobnie
Formalne dane z Rosji są fragmentaryczne i rzadko publikowane przez państwowe instytucje. Kreml zasadniczo nie podaje oficjalnych statystyk dotyczących unikania poboru czy liczby osób, które opuściły kraj, a jedynie forsuje narrację o konieczności wzmocnienia obronności i stabilności państwa. Bo w sumie też nie ma czym. Jednak dane niezależnych mediów, organizacji obserwujących sytuację praw człowieka oraz analiz zachodnich służb wywiadowczych pozwalają zarysować obraz problemu.
Po ogłoszeniu mobilizacji w 2022 granice Rosji zostały dosłownie oblężone przez mężczyzn próbujących je przekroczyć, nawet bez pełnych dokumentów podróżnych. Według niezależnych źródeł w pierwszych tygodniach od decyzji mobilizacyjnej z kraju mogło wyjechać nawet do 700 tys. osób w wieku poborowym, choć władze rosyjskie zdecydowanie zaprzeczały takim szacunkom i określały je jako nieprawdziwe.
>>>„Ludiej u nas mnogo”, czyli jak rosyjska medycyna pola walki skazuje rannych na śmierć<<<
Te poznaliśmy głównie dzięki służbom granicznym byłych państw radzieckich, które z lubością informowały o tym, ilu Rosjan przekroczyło granicę. Takie liczby dotyczą szczególnie pierwszej fali mobilizacji; później wyjazdy utrzymywały się w mniejszej skali, ale dopóki obowiązywała groźba kolejnych nakazów, presja na opuszczenie kraju pozostawała wysoka. Szacunkowe dane mówią, że mogło to być nawet 1,5 mln ludzi. I to pomimo tego, że w Rosji oficjalnie obowiązuje ochotniczy zaciąg.
W samych strukturach armii problem unikania służby i dezercji stał się zauważalny już po kilku miesiącach konfliktu zbrojnego. Dane z niezależnych rosyjskich portali informacyjnych wskazują, że od początku mobilizacji do końca 2024 sądy wojskowe rozpatrywały 7,4 tys. spraw o dezercję. A 2025 dane są fragmentaryczne, ponieważ przestano publikować informacje publicznie.
Problemy z mobilizacją
W obu krajach występują spore problemy z mobilizacją. Ukraińskie komisje wojskowe wręcz urządzają łapanki na ulicach miast. Na ulicach ukraińskich miast coraz częściej można spotkać furgonetki, z których wysiadają pracownicy wojskowych centrów rekrutacyjnych. Ich zadaniem jest znaleźć mężczyznę w wieku poborowym, wylegitymować, a jeśli nie ma stosownych dokumentów – zabrać do środka i przewieźć do Terytorialnego Centrum Kompletowania.
>>>Ukraińcy z Polski trafią na front? Kijów wprowadza zmiany w prawie<<<
W Federacji Rosyjskiej już nawet wysokie premie za podpisanie kontraktów nie są wystarczającą zachętą. Gubinka została wręcz wydrenowana z mężczyzn, a władzom na razie brak odwagi, aby sięgnąć po mężczyzn z większych miast. Dlatego na front wracają ranni i ci, którzy wrócili z ukraińskiej niewoli.
Coraz większa część społeczeństw Ukrainy i Rosji nie chce już uczestniczyć w tej wojnie, niezależnie od deklaracji politycznych i oficjalnej narracji państwowej. W obu krajach widoczny jest rozdźwięk między tym, co mówią władze, a tym, jak zachowują się obywatele, gdy wojna zaczyna bezpośrednio dotyczyć ich samych.
Armie można uzupełniać przymusem, system represji można zaostrzać, ale nie da się w nieskończoność prowadzić wojny wbrew rosnącej obojętności lub zmęczeniu społeczeństwa. Dane z Ukrainy i Rosji sugerują, że oba kraje zbliżają się do granicy społecznej wytrzymałości, po której dalsze eskalowanie mobilizacji przestaje być problemem administracyjnym, a zaczyna być poważnym problemem politycznym.
Czytaj także:
- Prawosławna cerkiew a Kreml. Ideologiczna wojna na Ukrainie
- Fakty nie przeszkadzają, gdy można winić Ukrainę. Polska przegrywa wojnę informacyjną
- Kreml kupi Ukrainie samoloty? To może być przełomowa decyzja
- Toporna rosyjska propaganda. A jednak ludzie w nią wierzą
- Walka z cieniem. NATO walczy z rosyjskimi przemytnikami
- Wojna w Donbasie. Rosyjski fake news, który wciąż żyje własnym życiem
- Ruskie trolle wygrywają w Internecie. Polska ma problem
- Pseudopatriotyzm w służbie Putina
- Ukraińskie specoperacje w Rosji lekcją dla NATO
