Wstęp
Jednym z najważniejszych wydarzeń ubiegłego roku z perspektywy sportowców, kolekcjonerów i miłośników militariów było otwarcie Centrum Strzeleckiego Jammas w Łomiankach. Nie zabrakło atrakcji i premier sprzętowych, z których jedna wyjątkowo skutecznie przyciągała uwagę odwiedzających. Nie była to długo wyczekiwana nowość jednego z wiodących producentów broni palnej, ale nietypowy, egzotyczny pistolet mało znanej, amerykańskiej firmy Stealth Arms. Platypus, bo o nim mowa, to nowoczesna reinterpretacja platformy 1911, której żadnemu strzelcowi przedstawiać nie trzeba. W odróżnieniu od tradycyjnych modeli został zaprojektowany tak, by akceptować magazynki od Glocka. To połączenie dwóch światów daje użytkownikowi zalety sprawdzonej, klasycznej konstrukcji i praktyczność wynikającą z szerokiej dostępności magazynków. Czy dziobak to tylko kolorowa zabawka, czy poważna broń dla wymagających strzelców?
Dlaczego już na wstępie używam tak pejoratywnego określenia jak „zabawka”? Chyba dlatego, że sama firma podchodzi do tematu w dość luźny sposób, a atmosfera zbudowana wokół Platypusa jest na pierwszy rzut oka groteskowa. Skąd w ogóle wzięła się ta nazwa? Otóż dziobak australijski to zwierzę, które wygląda jak zlepek kilku gatunków – dziób jak u kaczki, ogon jak u bobra, futro ssaka, a do tego składa jaja i żyje trochę na lądzie, a trochę w wodzie. Kiedy pierwszy wypchany okaz trafił do British Museum, tamtejsi przyrodnicy myśleli, że to zoologiczny żart. W epoce, w której takie znaleziska często podróżowały przez pół świata, a oszustwa i „potworki” zszyte z kilku gatunków były realnym problemem w handlu osobliwościami, ich ostrożność była w pełni uzasadniona. Jakież musiało być ich zdziwienie, gdy okazało się, że to nie falsyfikat, ale prawdziwe zwierzę… Takim samym połączeniem pozornie niepasujących do siebie elementów ma być opisywany pistolet.
Przeglądając firmowe materiały, kilkukrotnie również zastanawiałem się, czy ktoś mnie czasem nie wkręca. Na stronie internetowej widzimy różowe, żółte i niebiesko-pomarańczowe egzemplarze, a maskotką projektu jest pluszowy dziobak, trzymający w łapkach dwa pistolety. Chwila… A gdzie tu jakiś element taktyczny? Gdzie zdjęcia operatorów służb specjalnych? Albo chociaż umięśniony, brodaty macho z takim wyrazem twarzy, jakby dostawca burgerów zarysował mu stojącego na parkingu Mercedesa AMG G63? Ano nie ma. Tu wszystko jest na luzie, co wcale nie oznacza, że broń jest niepoważna. Sama koncepcja 1911 na magazynki Glocka brzmi jak koncept wymyślony późnym wieczorem na strzeleckim forum, ale Stealth Arms uznało, że zamiast się z tego śmiać, lepiej to po prostu dobrze zaprojektować i wypuścić na rynek. Platypus to broń projektowana od początku jako pistolet budowany na zamówienie – z konfiguratora, w którym można dobrać praktycznie wszystko, od długości lufy przez fakturę chwytu po kolor języka spustowego. Czy to nie brzmi jak marzenie strzelca?
Zdjęcie: Stealth Arms
Dziobak z Ohio
Stealth Arms to nie potężny koncern z setką modeli w katalogu, tylko firma, która wyrosła z bardzo konkretnej niszy. Powstała w 2012 roku w Ohio jako producent tarcz i części do broni, a jej prawdziwą specjalnością szybko stały się „osiemdziesiątki” – wykończone w 80% komory spustowe do AR-15, szkielety do 1911 oraz cały ekosystem narzędzi służących do ich dalszej obróbki. O co chodzi? Element „80%” to część broni, która jest prawie gotowa, ale w USA wciąż formalnie nie jest uznawana za pistolet lub karabin. Owe osiemdziesiąt procent to po prostu umowny skrót myślowy – część ma właściwy kształt i jest w większości obrobiona, ale brakuje kluczowych otworów i gniazd, przez co według amerykańskiego prawa nie jest jeszcze uznawana za broń palną i może być nawet wysłana pocztą do innego stanu. Ale żeby nie było, że producent pozostawia dalszy proces użytkownikom, nie dostarczając choćby instrukcji, Stealth Arms opracowało nawet prowadnicę frezarską o nazwie Phantom Jig. Przyrząd ten pozwalał domowym majsterkowiczom dokończyć szkielet 1911 bez dostępu do obrabiarki CNC. Wystarczyło trochę cierpliwości, wiertarka, frezy i zdrowy rozsądek.
Stealth Arms zbudowało swoją reputację w świecie „ghost guns” jako producent części, które faktycznie do siebie pasują. Firma od początku stawiała na własne zaplecze. Wszystkie elementy były frezowane z metalu, a potem ręcznie sprawdzane i docierane przed wysyłką. Warto wspomnieć także o wyjątkowo prokonsumenckim podejściu Stealth Arms. W firmowych materiałach przewija się filozofia mówiąca, że „klient nie może ponieść porażki” – jeśli ktoś utknął na etapie obróbki lub składania, mógł liczyć na wsparcie techniczne, a kiedy coś szło nie tak, firma brała problem na siebie, zamiast zasłaniać się regulaminem. Ciekawostką jest to, że Stealth Arms od lat oddaje złom metalowy z produkcji na cele charytatywne. Mały gest, ale w połączeniu z produkcją lokalną i naciskiem na jakość buduje obraz manufaktury, która jednak chce być czymś więcej niż tylko „kolejną firmą od części do broni”. W pewnym momencie stało się jasne, że rynek 80% nie będzie rozwijał się w nieskończoność – przy rosnącej presji regulacyjnej i medialnej w USA nie dało się dłużej udawać, że nic się nie dzieje. Stealth Arms miało już jednak wszystko, czego potrzeba, żeby pójść krok dalej – projekt szkieletu 1911, park maszynowy i doświadczonych rusznikarzy. Następnym logicznym krokiem było więc wypuszczenie kompletnej broni. I tu pojawia się Platypus.
Zdjęcia: Stealth Arms
1911 na magazynki Glocka – skąd ten pomysł?
Platypus zadebiutował na targach SHOT Show 2023 i natychmiast zyskał sławę jako „1911 na magazynki Glocka”. To jest właśnie sedno koncepcji – bierzemy dobrze znaną konstrukcję wraz z jej ogólną ergonomią (kąt chwytu 17,5 stopnia, klasyczny beavertail z bezpiecznikiem chwytowym, charakterystyczny spust), ale w środku zamiast wąskiego magazynka jednorzędowego umieszczamy nowoczesny, dwurzędowy. I to nie byle jaki, ale najpopularniejszy ze wszystkich obecnie stosowanych. Czy to aż taka rewolucja? Nie, ale jeżeli ktoś zastanawia się nad zakupem pistoletu 1911, a ma już sporą kolekcję broni palnej lub planuje takową zbudować, kompatybilność nowego nabytku z magazynkami Glocka może być sporym plusem. Nie mówimy przecież tylko o pistoletach austriackiej firmy, ale także wielu innych jednostkach, których konstruktorzy poszli tym samym tropem i zamiast wymyślać koło na nowo, zdecydowali się na ten standard, ułatwiając klientom życie. Moja szafa jest tego najlepszym przykładem. Nie ma w niej ani jednego Glocka, ale są Bul Armory Axe Hatchet, KelTec SUB2000 i Faxon Bantam. Siłą rzeczy zgromadziłem też sporo magazynków, od tych oryginalnych po różnego rodzaju „wynalazki”, takie jak chociażby półprzezroczyste, 27-nabojowe ETS-y. Kupując klasyczny pistolet 1911, musiałbym zrobić miejsce na kolejne magazynki, a znając życie, od razu jakiś bym dokupił. Dla kogoś, kto często startuje w zawodach albo trenuje z użyciem co najmniej 3-4 magazynków, jest to realna różnica. Zamiast wydawać kilka stówek na magazynki pasujące tylko do jednego pistoletu, może wykorzystać te, które już ma (prawdopodobnie) albo wyłożyć te pieniądze, ale ze świadomością, że będą pasowały również do innych pistoletów i karabinków.
Co ciekawe, oprócz wersji „Glockowej” Stealth Arms oferuje również Platypusa zasilanego magazynkami do Sig Sauera P320. Może w USA ma to sens (z punktu widzenia służb, które przerzuciły się na P320, to całkiem sensowne rozwiązanie – można mieć pistolet treningowo-sportowy korzystający z tych samych magazynków, co broń etatowa), aczkolwiek reputacja tego pistoletu została mocno nadszarpnięta i wątpię, aby ta wersja Platypusa cieszyła się dużym wzięciem. Tak czy inaczej jest to możliwe. Składając zamówienie, wybieramy, czy broń ma przyjmować magazynki Glocka, czy właśnie P320. Potem już nie ma odwrotu, bo różnica dotyczy konstrukcji szkieletu i zatrzasku magazynka. Ergonomia, kąt chwytu i manipulatorzy pozostają takie same, zmienia się tylko standard magazynka. Na razie Platypus produkowany jest wyłącznie w wersji zasilanej amunicją 9×19 mm, ale przewijały się zapowiedzi wersji .45 ACP, .40 S&W, .357 SIG, a nawet 10 mm x 25 Auto. Stealth Arms testowało już konfiguracje na magazynki od Glocka 21, więc pojawienie się wariantu .45 ACP wydaje się być kwestią czasu. Dla tradycjonalistów będzie to zapewne spełnienie marzeń. 1911 na amunicję .45 ACP, ale podawaną w Glockowych magazynkach, a do tego z możliwością zamówienia spersonalizowanej, customowej wersji dzięki konfiguratorowi na stronie internetowej producenta – to brzmi jak mokry sen niejednego kolekcjonera.
Zdjęcia: Tomasz Karasiński, MILMAG
Stealth Arms Platypus to broń szyta na miarę
Jedną z rzeczy, które w Platypusie robią największe wrażenie jeszcze przed pierwszym strzałem, jest właśnie wspomniany wyżej konfigurator. Można w nim złożyć własnego „dziobaka” praktycznie od zera. Mnogość dostępnych opcji – i nie mam tu na myśli wyłącznie kolorów – powala. Na początku wybieramy długość lufy – pełnowymiarowa 5″ (Government) albo skrócona 4,25″ (Commander). Możemy zdecydować, czy lufa ma być zwykła, czy gwintowana pod tłumik lub kompensator (1/2×28). Do wyboru mamy kilka różnych stylów zamka – z samymi tylnymi nacięciami, z dodatkowymi przednimi, z oknami odciążającymi, z portami wentylacyjnymi – do wyboru, do koloru. Wszystkie elementy pistoletu można wybrać w malowaniu Cerakote w dowolnym kolorze. Bawiąc się konfiguratorem, po jakimś czasie dochodzimy do momentu, w którym zaczynamy się zastanawiać, czy szyna Picatinny pod lufą powinna być w jednym kolorze, czy może lepiej będzie wyglądała wersja z ciemnym wnętrzem i jasnymi bramkami. To samo dotyczy spustu, bezpiecznika, kurka, a nawet pinów i innej tego typu „drobnicy”. Osłona spustu okrągła czy prostokątna? Język spustowy pełny, z trzema otworami czy ażurowy? A jego czoło płaskie czy zaokrąglone? Serio, mniej więcej w środku całego procesu dochodzimy do takich drobiazgów.
Wiele z wymienionych w konfiguratorze opcji dotyczy samego chwytu. Platypus nie ma wymiennych okładzin – boki chwytu są integralną częścią szkieletu, więc to, jaką fakturę wybierzemy, zostanie z nami na dłużej. Do dyspozycji jest klasyczna, ostrzejsza kratka, ale są też bardziej oryginalne wzory, jak „prickle” – drobne pseudo-kolce, które mocno wgryzają się w dłoń. Przed zakupem warto wziąć do ręki jedną z tych wersji i zdecydować, czy taka faktura nam odpowiada. Niektórzy sportowcy pewnie od razu zdecydują się na najbardziej agresywną wersję, aby pistolet nie próbował wyślizgnąć im się z ręki nawet podczas dynamicznych przebiegów w trudnych warunkach atmosferycznych. Ceną tej pewności chwytu jest oczywiście to, że po całym dniu intensywnego treningu dłonie wyraźnie wiedzą, z czym miały do czynienia. Konfigurator pozwala też określić nacisk spustu i myślę, że jest to jedna z najważniejszych rubryczek w całym procesie. Stealth Arms podkreśla, że fabrycznie celuje w okolice 4 funtów (1,8 kg), ale bez większego problemu jest w stanie zejść do 3,5 (1,6 kg), a nawet 2,5-3 funtów (1,1-1,4 kg).
Cała ta zabawa pokazuje, że Stealth Arms jest firmą, która nie boi się wyzwań i jest w stanie wykonać niemalże całkowicie customową broń. Skłamałbym jednak, twierdząc, że po kilku minutach zabawy z konfiguratorem nie zacząłem myśleć, czy nie lepiej byłoby zdecydować się na jeden ze standardowych wariantów. Takie bowiem jak najbardziej istnieją. Korzystanie z konfiguratora jest opcją, z której mogą skorzystać wymagający sportowcy, klienci mający bardzo jasno sprecyzowane oczekiwania albo pasjonaci szukający czegoś niestandardowego – pistoletu, który stanie się ozdobą szafy, klejnotem w ich kolekcji. Dla tych, którzy zadowolą się „zwyklakiem” przewidziano kilka gotowych konfiguracji – Base Model, Flash Carry, Integrated Comp, Crowd Pleaser, Perry The (w kolorze nawiązującym do postaci Pepe Pan Dziobak z kreskówki „Fineasz i Ferb”), Titanium i Cotton Candy.
Czy na tym koniec? Nie, gdyż w Polsce dostępne są jeszcze inne warianty standardowe – czarne z lufami o długości 4,25 i 5 cali, przy czym oba można zamówić z gwintem, co dodaje kolejne 0,25 cala. Szczerze mówiąc, którakolwiek z tych wersji to dla mnie świat i ludzie. Wybierając taki pistolet, droga do jego ulepszenia nie jest wcale zamknięta. Platypus jest kompatybilny z wieloma częściami do tradycyjnej 1911-tki, więc sporo jeszcze można w takiej broni wymienić. Zgodnie z polityką „klient nie może ponieść porażki”, Stealth Arms publikuje całą listę podzespołów z podziałem na te, które są, a które nie są kompatybilne z tą popularną platformą. Wystarczy więc skonsultować się z tą rozpiską, aby dowiedzieć się, czy możemy zamówić na przykład sprężynę iglicy albo zestaw pinów do 1911. W praktyce większość „bebechów” – sprężyny, kurek, przerywacz i masę mniejszych części – można zastąpić zamiennikami od 1911/2011. Wyjątek stanowi na przykład język spustowy, który ma specyficzny kształt dopasowany do szerszego chwytu i gniazda magazynka. Tutaj jesteśmy zdani na ofertę Stealth Arms albo własną kreatywność. Jeżeli natomiast chcemy zamówić własny, złożony od zera pistolet, wystarczy wejść na stronę Stealth Arms, zapisać naszą konfigurację, skopiować link i wysłać go do importera. Po sprawdzeniu otrzymamy e-mail lub telefon z informacją o cenie i przewidywanym terminie realizacji. Z tego, co mi wiadomo, standardowo trwa to około dwa miesiące, choć dokładny czas oczekiwania uzależniony jest od tego, na kiedy zaplanowana będzie najbliższa dostawa.
Zdjęcie: Stealth Arms
Opakowanie i wyposażenie fabryczne
Stealth Arms dostarcza Platypusa w miękkiej materiałowej torbie typu range bag z podszewką w kamuflażu Multicam Black. W środku znajdują się elastyczne uchwyty na magazynki oraz dwie duże kieszenie zamykane na rzepy. Oprócz samej broni w komplecie otrzymujemy instrukcję obsługi, kartę gwarancyjną, certyfikat kontroli jakości oraz zestaw narzędzi – klucze imbusowe i kilka zapasowych śrubek (przydatne do montażu kolimatora lub regulacji przyrządów celowniczych). Całość sprawia bardzo pozytywne wrażenie. Niektórzy wolą standardowe, plastikowe walizki, ale taka torba zamiast kurzyć się w szafie albo na strychu, stanowi praktyczne akcesorium – coś, czego można realnie używać, chodząc na strzelnicę. Abyśmy mogli wypróbować nasz nowy pistolet od razu po wyjęciu z torby, w komplecie otrzymujemy dwa 17-nabojowe magazynki Glocka. Ot, złoty standard. Szkoda, że producent nie pokusił się, by nadać im oryginalny charakter, na przykład wykonując własne, dłuższe stopki (co świetnie sprawdza się w pistoletach z tak wydatnym lejkiem gniazda magazynka), ale przynajmniej nie poszedł w zupełną taniochę, stosując gorszej jakości zamienniki. Domyślam się, że spora część posiadaczy Platypusa i tak dokupi co najmniej kilka magazynków lub podda je tuningowi.
Zdjęcie: Tomasz Karasiński, MILMAG
Przyrządy celownicze i montaż optyki
Jak przystało na pistolet o sportowym zacięciu, Platypus został wyposażony w bardzo porządne mechaniczne przyrządy celownicze – światłowodową muszkę i czarną szczerbinę Novak Cut. Nie jest ona regulowana w żadnej płaszczyźnie, więc pozostaje nam albo zaufać producentowi, albo wyzerować przyrządy samodzielnie lub z pomocą rusznikarza. Jak znam życie, większość użytkowników interesować będzie tylko jeden upgrade – montaż kolimatora. Zamawiając wersję z wycięciem pod optykę, otrzymamy niskoprofilową szczerbinkę montowaną za kolimatorem, aby uzyskać co-witness. W kwestii dopasowania Stealth Arms nie bawi się w płytki, różne wersje zamka ani inne rozwiązania, które na pierwszy rzut oka wydają się atrakcyjne, ale mogą sprawiać problemy na strzelnicy. Zdecydowano się zatem na wycięcie w standardzie Trijicon RMR/SRO, co oczywiście ogranicza wybór kolimatora, ale jest rozwiązaniem pewnym i sprawdzonym w boju. W konfiguratorze możemy wybrać też cztery inne opcje – Delta Point Pro, Acro (Aimpoint), Holosun K oraz brak wycięcia. Do gniazda RMR/SRO bez problemu dobierzemy coś z oferty takich marek jak Vector Optics, Holosun lub Trijicon. W testowanym egzemplarzu zamontowany był kolimator Meprolight Mepro MPO-F, który „siedział” na Platypusie jak marzenie. Solidna konstrukcja, duże okno, znak celowniczy w formie kropki 3 MOA oraz okręgu o średnicy 33 MOA, a do tego naprawdę przyzwoita cena – jak dla mnie zestaw idealny, więc niczego już nie rozkręcałem i nie szukałem. W ramach testu strzelałem także z wykorzystaniem mechanicznych przyrządów celowniczych z wyłączonym kolimatorem, ale szybko wróciłem do Meprolighta.
Zdjęcie: Tomasz Karasiński, MILMAG
Konstrukcja, czyli co w dziobaku siedzi
Niezależnie od tego, jak bardzo zaszalejemy z konfiguracją, fundament techniczny Platypusa pozostaje ten sam. Na pierwszy rzut oka widać, że Stealth Arms zna się na technologii obróbki metalu. Szkielet to aluminium lotnicze 7075-T6, z pełnymi prowadnicami zamka w stylu 1911, „bobrzym ogonem” oraz bezpiecznikiem chwytowym i – jeśli taką wersję wybierzemy – dolną szyną Picatinny na latarkę lub laser. Po rozłożeniu pistoletu szkielet sprawia wrażenie leciutkiego. Wydaje się dosłownie odrobinę cięższy niż plastikowy, co ma przełożenie na wyważenie i zachowanie broni podczas strzelania. Lufa to match-grade ze stali nierdzewnej 416R, a zamek wykonany jest ze stali węglowej i nie posiada automatycznego bezpiecznika iglicy, co ucieszy purystów 1911, a trochę mniej tych, którzy planują taki pistolet nosić z nabojem w komorze. Powiecie, że te legendarne pistolety były używane przez różnego rodzaju służby wiele, wiele lat, a bezpiecznik na chwycie też nie jest od parady? Tak, to prawda, ale gdyby to miała być broń do noszenia, brałbym pod uwagę tylko wariant z lufą o długości 4,25 cala. W tej wersji pistolet bez magazynka waży około 740 g, a w najdłuższej i najbardziej wypasionej – nieco ponad 900 g. Z pełnym, 17-nabojowym magazynkiem robi się z tego mniej więcej kilogram „metalu w dłoni”. Platypus jest więc wyraźnie lżejszy niż 1911 wykonane w całości ze stali, ale cięższy niż większość polimerowych bezkurkowców.
Zdjęcia: Tomasz Karasiński, MILMAG
Platypus w dłoni i przy oku
Jeżeli ktoś strzelał z klasycznego 1911, przejście na Platypusa jest zaskakująco naturalne. Kąt chwytu jest taki sam, a manipulatorów nie trzeba szukać w nowych miejscach. Różnica kryje się przede wszystkim w obwodzie chwytu – ten jest wyraźnie szerszy niż w wersji z jednorzędowym magazynkiem, ale wciąż nie tak masywny, aby nie dało się go objąć w normalny sposób. Dla osób o średniej wielkości dłoniach to komfortowy kompromis. Ci z mniejszymi rękami będą musieli chwilę przyzwyczaić się do języka spustowego i poeksperymentować z ustawieniem dłoni, żeby wszystko zgrało się idealnie. W zbudowaniu prawidłowego chwytu może pomóc także lejek gniazda magazynka. Jego podstawowa funkcja jest oczywiście inna, ale przy okazji jest tak duży, że „dopycha” dłoń od dołu, wymuszając wysoki chwyt.
Tekstura chwytu – zwłaszcza w agresywniejszych wariantach – to temat na osobny akapit. W wersji prickle mamy do czynienia z gęstymi, drobnymi kolcami, które świetnie trzymają dłoń niezależnie od tego, czy jest sucho, czy mokro. W praktyce wychodzi na to, że broń po prostu nie chce się ruszyć z ręki. Można nawet lekko poluzować chwyt i szczerze mówiąc, niewiele to zmienia (a w zależności od techniki wynik na tarczy może być nawet lepszy). Biorąc do ręki Platypusa, czułem się, jakbym właśnie dostał wymarzony pistolet do dynamiki – taki race gun z lekkim zabarwieniem historycznym. Metalowy szkielet, agresywny chwyt ustawiony pod bardzo naturalnym kątem, intuicyjne rozmieszczenie manipulatorów, bardzo dobre przyrządy celownicze, cudowny spust (jeszcze do niego wrócę).
Praca zamka na dobrze nasmarowanym egzemplarzu z rozsądnym przebiegiem jest bardzo satysfakcjonująca. Żadnych luzów, żadnego klekotania czy telepania na boki – zamek porusza się wzdłuż prowadnic jak po szkle. Ciasne spasowanie wymaga lekkiego dotarcia – Stealth Arms informuje, że pierwsze 100 strzałów będzie pierwszą fazą docierania, ale wydaje mi się, że optymalną charakterystykę pracy Platypus uzyska, gdy zużyjemy co najmniej 500 sztuk amunicji. Kiedy pistolet się dotrze, otrzymamy broń zachowującą się niemal jak monolit, a nie zestaw części, które dopiero co poznały się w pudełku i średnio do siebie pasują. Testowany egzemplarz był intensywnie użytkowany – importer zabierał go na różnego rodzaju pokazy i imprezy strzeleckie, a później został udostępniony jednemu z czołowych polskich sportowców do treningów i startów w zawodach. Podobno sprawdził się znakomicie i niejednokrotnie umożliwił zajęcie miejsca na podium. Pistolet nosił więc wyraźne ślady użytkowania, ale mechanicznie – miodzio.
Jeśli jest coś, co od lat trzyma ludzi przy 1911 mimo wszystkich obiektywnych wad tej platformy, to spust. Platypus tej tradycji nie psuje. Do wybrania mamy lekki, krótki luz, następnie wyczuwalną ścianę i wyraźne przełamanie (glass break). Fabryczna waga w okolicach 1,5 kg jest moim zdaniem optymalna. Reset jest krótki i wyraźny, ale nie odbija palca do przodu. Ot, czujemy tylko, że coś „kliknęło”, co z pewnością spodoba się sportowcom i wymagającym strzelcom, którzy naprawdę wiedzą, czym jest praca na spuście. Do tego dochodzi oczywiście fakt, że język spustowy porusza się liniowo, a nie po łuku, jak w większości pistoletów. Gdy zbudujemy dobry, pewny chwyt i położymy palec na spuście, nie powinien się on przesuwać nawet o milimetr. Jeżeli jesteście przyzwyczajeni do bezkurkowców, wejdziecie do zupełnie innego, lepszego świata. Podobno w nowych egzemplarzach może występować delikatne pełzanie tuż przed przełamaniem, ale efekt ten znika po dotarciu mechanizmu.
Czego chcieć więcej? Cóż, do pełni szczęścia brakowało mi tylko „pedału gazu”, na którym mógłbym położyć kciuk lewej dłoni. Nie żebym był wielce przywiązany do tego elementu, ale w broni o sportowym zacięciu mógłby się znaleźć. Nawet gdyby część szkieletu była pokryta tarką na wzór chwytu, tak aby tylko było czuć te miejsca pod palcami, byłoby miło. Jednocześnie rozumiem, że producent nie chciał z tymi kolcami przesadzić, bo – ujmijmy to tak – ten pistolet to nie jest coś, o co chciałbym się przesadnie długo ocierać. Skoro pomyślano prawie o wszystkim, dobrze byłoby umieścić opcję gas pedal w konfiguratorze.
Zdjęcia: Tomasz Karasiński, MILMAG
Z dziobakiem na osi
Test na strzelnicy był właściwie tylko potwierdzeniem wcześniejszych obserwacji, ponieważ z Platypusa miałem okazję strzelać już w ubiegłym roku, podczas jego polskiej premiery. Tym razem mogłem jednak pobawić się nim dłużej i w nieco bardziej komfortowych warunkach. Krótko? Petarda! Pistolet pracował wzorowo, strzelając celnie, płasko i przewidywalnie. Przede wszystkim jest to broń działająca bardzo kulturalnie. Odrzut to zaledwie delikatne pchnięcie, a podrzut jest na tyle mały, że wystarczy stabilna postawa i pewny chwyt, a pistolet szybko wraca na linię celu. Oczywiście istnieją cięższe, stworzone do dynamiki konstrukcje, w których efekt „stania w miejscu” jest jeszcze bardziej imponujący, ale Platypus zapewnia 80-90% tych wrażeń, będąc od nich o 0,3-0,5 kg lżejszy. Na temat celności się nie wypowiadam, bo po pierwsze test trwał zbyt krótko, a po drugie byłaby to opowieść bardziej o brakach w mojej technice niż jakości opisywanego pistoletu. Niemniej jednak jeśli przy tarczy ustawionej na 15 metrów przestrzeliny układały się w ciasną grupę, to jest to spory sukces. Ze swojej prywatnej broni zbliżony rezultat potrafię osiągnąć jedynie z CZ 75 SP-01 Shadow ze zmodyfikowanym spustem oraz z… naszego radomskiego MPS-a.
Na osobną uwagę zasługuje kwestia niezawodności i magazynków. Kiedy miesza się geometrię 1911 z magazynkami Glocka, pojawia się pytanie, czy to w ogóle będzie działało. Znane są przecież historie hybryd, które świetnie wyglądały na papierze, a na strzelnicy okazywały się bardzo wybredne. W przypadku Platypusa wygląda na to, że Stealth Arms odrobiło pracę domową. Od środka Platypus rzeczywiście wygląda trochę „Glockowo” – geometria wślizgu, położenie zaczepu magazynka i układ części sprawia wrażenie skrzyżowania 1911 z Glockiem. Najwyraźniej jednak zostało to przemyślane i sprawdzone. Testy obejmowały nie tylko oryginalne 17-tki Glocka w różnych wersjach, ale też menażerię aftermarketową, taką jak półprzezroczyste ETS-y i budżetowe zamienniki Magpula. Okazało się, że Platypus nie jest specjalnie wybredny. O ile mamy sprawne, niezmaltretowane magazynki, wszystko powinno działać.
Podczas wizyty na strzelnicy dwukrotnie zdarzyło mi się, że zamek nie został w tylnym położeniu po ostatnim strzale. I nie, nie przytrzymałem zwalniacza paluchem. Nie obwiniałbym też magazynka, bo raz zdarzyło się to z tym Glockowskim, dostarczanym w komplecie z pistoletem, a raz z ETS-em. Najbardziej prawdopodobne jest to, że trzymając w dłoniach broń pracującą tak kulturalnie i liniowo, tak chętnie wracającą na cel, zbyt mocno poluzowałem chwyt, strzelając dla czystej przyjemności. Nie można też wykluczyć, że testowany egzemplarz wypluł z siebie zdecydowanie więcej niż parę tysięcy sztuk amunicji i zbliżał się już do momentu, w którym warto byłoby wymienić jakąś sprężynę lub oddać go na kompleksowy serwis. Importer chciał jednak poddać tę jednostkę jak najcięższej próbie, co tylko potwierdza, że Platypus to twarda sztuka – broń o butikowym charakterze, ale niezawodna jak… skrzyżowanie 1911 z Glockiem (cóż za odkrycie).
Zdjęcia: Tomasz Karasiński, MILMAG
Konkurencja - z kim Platypus staje w szranki
Jeśli czytając powyższy opis, pomyśleliście, że Platypus to faktycznie świetny pistolet, ale cena pewnie zabija – fakt, tani nie jest, jednak szybkie porównanie z rywalami każe spojrzeć na to trochę inaczej. Najtańsza oferowana w Polsce wersja – czarna, z lufą 4,25 cala, lejkiem, szyną Picatinny i wycięciem pod kolimator – kosztuje 11 900 zł, za odmianę z gwintem trzeba zapłacić 12 500 zł, a wersje malowane z 5-calową lufą wyceniono na 13 900 zł. Za wyznacznik możemy wziąć którąkolwiek kwotę, ponieważ niezależnie od wersji dziobak jest jednym z najtańszych pistoletów 1911/2011, jakie znajdziemy na rynku. Jego pierwszym, oczywistym rywalem jest Staccato 2011, czyli pistolet oparty o projekt STI 2011, uznawany za złoty standard w tej kategorii. Ceny w zależności od wersji wahają się od 13 490 do nawet 22 900 zł. Ta najbardziej zbliżona do Platypusa kosztuje 16 900 zł. Springfield Armory 1911 DS Prodigy kosztuje 9900 zł. Wygląda sensownie, ale różnica w cenie jest na tyle mała, że chyba wolałbym dopłacić do dziobaka, chociażby z uwagi na spasowanie i kulturę pracy. Jeszcze tańszą alternatywą jest wyceniony na 7 700 zł Fusion Firearms XP Pro, ale nie widziałem go na oczy, więc się nie wypowiadam. Za Sig Sauera P211 GTO zapłacimy 18 000 zł. Ach, jest jeszcze Bul Armory 1911 SOF – piękny przedstawiciel swojego gatunku za 12 700 zł. Można oczywiście znaleźć znacznie tańszą, klasyczną 1911-tkę, czekać aż w sklepach pojawi się jakiś turecki klon, a nawet wybrać wersję zasilaną amunicją bocznego zapłonu. Można też kupić wiatrówkę, wypisać się z klubu i oddać czerwoną książeczkę – finansowo wychodzi to zdecydowanie najkorzystniej. Jeżeli jednak szukamy poważnej broni o sportowym zacięciu, z możliwością personalizacji, wyprodukowaną w USA przez mało znaną, ale „podejrzanie doświadczoną” firmę, do tego niezawodną, ergonomiczną i kompatybilną z bodaj najpopularniejszymi magazynkami na świecie, Platypus jest trudny do pobicia.
Zdjęcia: Tomasz Karasiński, MILMAG
Werdykt
Stealth Arms 1911 Platypus nie jest pistoletem dla każdego, ale jest to broń wyjątkowo uniwersalna, dopracowana i – co tu dużo mówić – niesamowicie fajna. Najwięcej sensu ma w rękach kogoś, kto już trochę w życiu postrzelał i wie, czego szuka, ale nie oznacza to, że jest to kiepski kandydat na pierwszy pistolet w szafie. Powiem więcej – gdybym miał do dyspozycji zaledwie kilka promes i doszedł do wniosku, że cały mój arsenał będzie składał się z jednego karabinka, jednej strzelby i jednego pistoletu, tym pistoletem mógłby być właśnie Platypus. Świetnie sprawdza się w dynamice, dzięki celności i lekkiemu spustowi można z nim uzyskać bardzo dobre wyniki na tarczy, daje mnóstwo frajdy podczas strzelania czysto rekreacyjnego, a z odrobiną samozaparcia i wygodną, dopasowaną kaburą można nawet takie cudo nosić.
Dla kogo więc jest nasz dziobak? Przede wszystkim to ciekawa propozycja dla strzelca sportowego, szczególnie w klasach, w których i tak stawiamy na kolimator, lejek i większą pojemność magazynka. Platypus oferuje kulturę pracy i celność na poziomie, który spokojnie pozwala walczyć o dobre miejsca, przy jednoczesnych niższych kosztach magazynków i łatwej personalizacji. Dla hobbysty i kolekcjonera to z kolei broń, która daje dużo „frajdy z posiadania”. Możliwość zamówienia egzemplarza dokładnie takiego, jak chcemy – z własnym numerem seryjnym, kolorystyką i doborem detali – jest wartością samą w sobie. Do tego dochodzi charakter 1911, świetny spust i realna, namacalna różnica w odczuciu odrzutu względem plastikowych bezkurkowców.
Podsumowując, 1911 Platypus to bardzo udany debiut firmy Stealth Arms w świecie kompletnych pistoletów. Udało się połączyć świat 1911 i Glocka w sposób, który nie tylko wygląda efektownie na zdjęciach, ale przede wszystkim działa na strzelnicy. Otrzymujemy bardzo ciekawą kombinację, która według mnie odpowiada za rynkowy sukces tego „zabawkowego” pistoletu. Nie, nie chodzi o to, że jest to 1911 na magazynki Glocka, ale o to, że taka broń to „wszystko w jednym”. Na strzelnicy zachowuje się jak rasowy race gun, ale nie jest to jego jedyne zastosowanie. Nie ma 6-calowej lufy, nie waży 1,5 kg, nie jest „dziwactwem”, do którego nie ma żadnych części zamiennych, a znalezienie gotowej, pasującej kabury graniczy z cudem. Dziobak ze stanu Ohio pokazuje, że hybryda nie musi być ryzykownym wyborem – może być sprytną odpowiedzią na konkretne potrzeby strzelców.
Dziękujemy Centrum Strzeleckiemu Jammas za udostępnienie pistoletów Stealth Arms Platypus. Dostępne konfiguracje sprawdzić można na stronie sklepu Strefa Celu.
Współpraca reklamowa. Testy produktów prowadzimy niezależnie, opinie są wyłączną oceną autorki lub autora. Reklamodawca nie ma możliwości ingerencji w treść recenzji
