Przejdź do serwisu tematycznego

WYWIAD

Z Jakubem Sidorowiczem nie tylko o dwóch milach

Strzelectwo potrafi doskonale wyciszyć i ukierunkować nasze myślenie, i poukładać wszystko w głowie. To bardzo poprawia koncentrację, co jest przydatne choćby w nauce. Z tego właśnie względu bardzo polecam strzelectwo młodym ludziom – mówi Jakub Sidorowicz, zwycięzca tegorocznej edycji zawodów King of 2 Miles we Francji, w rozmowie z Grzegorzem Sobczakiem. Opowiada również o tym, jak wyglądała walka o tytuł Króla 2 Mil, a także o tym, że warto trzymać duży dystans nie tylko do celu, ale też do samego siebie, własnych problemów i otaczającego nas świata (czytaj więcej: Polska drużyna zwycięża w zawodach King of Two Miles).

Grzegorz Sobczak: Jak wyglądały zawody King of 2 Miles oczami uczestnika?

Jakub Sidorowicz: Na tych zawodach strzelamy na ultra-dalekich dystansach, w dwóch etapach. Pierwszy etap to kwalifikacje. W jego ramach oddajemy najpierw próbny strzał – tzw. zimny strzał albo inaczej zimna lufa – jeden strzał na ok. 1100 m. Potem strzelamy do czterech celów kwalifikacyjnych na dystansach od 1450 m do 2200 m.
Zimny strzał nie był oceniany. Był oddawany pod innym kątem i w innym kierunku niż pozostałe w tym etapie i miał na celu umożliwienie nam odnalezienia się w zastanych warunkach. Do każdego celu na etapie kwalifikacji oddawaliśmy po trzy strzały. W zależności od tego czy trafimy pierwszym, drugim, czy trzecim strzałem, odpowiednio naliczane są punkty. Oczywiście, najwięcej punktów mamy za trafienie celu za pierwszym strzałem. Jeśli trafimy drugim i trzecim strzałem, naliczane są kolejne punkty, które się sumują. Jednak jest ważna zasada – jeżeli nie trafimy po pierwszych trzech strzałach w pierwszy cel, to dalej strzelamy do pierwszego celu, do skutku, marnując amunicję przeznaczoną na eliminacje. Na tym etapie mamy bowiem do oddania 13 strzałów: zimny strzał i 12 strzałów do celów kwalifikacyjnych. Nam udało się trafić cele kwalifikacyjne w odpowiedniej sekwencji. Nie musieliśmy marnować amunicji przeznaczonej na kolejne cele.
Po kwalifikacjach odbywał się etap finałowy. Organizator założył, że przejdzie do niego 20% uczestników – statystycznie przechodził więc co piąty zawodnik. W naszym przypadku do finału zakwalifikowało się 16 zawodników.
W etapie finałowym strzelaliśmy do trzech celów ocenianych na dystansach ultra-dalekich 2490, 2745 i 3225 m, czyli na najdłuższym dystansie było to nieco ponad dwie mile. Zasady były takie same jak w kwalifikacjach z tą różnicą, że strzelaliśmy do każdego celu po pięć razy. Im szybciej trafiliśmy cel, tym lepiej był on punktowany. Tu też, jeśli się nie trafiło w któryś cel, trzeba było do niego strzelać do skutku. Łącznie mieliśmy do oddania 15 strzałów.
Do tego dochodził limit czasowy. Na strzały w rundzie kwalifikacyjnej mieliśmy dziewięć minut na 13 strzałów, a w finale na oddanie 15 strzałów mieliśmy 10 minut.

Jakub Sidorowicz (w koronie, z prawej) i jego obserwator Maciej Stasiak (w kolocnie, z lewej), którzy wywalczyli tytuł Króla 2 Mil na zawodach w Camp de Canjures, we Francji

To tyle jeśli chodzi o stronę formalną. Czy mógłbyś powiedzieć coś o samym obiekcie, gdzie rozgrywane były zawody King of 2 Miles?

To piękny duży poligon Camp de Canjures. Strzelania były prowadzone przez dolinę. Masze stanowiska strzeleckie znajdowały się na południowym zboczu, a cele były rozmieszczone na przeciwległym zboczu po drugiej stronie doliny lub w samej dolinie. Strzelało się w kierunku zachodnim, nieznacznie w dół. Nie były to duże kąty, maksymalnie 3 stopnie, ale na tych dystansach to już ma znaczenie. Poligon chyba drugi pod względem wielkości w Europie. Wszystko było wspaniale zorganizowane.
Natomiast na strzelanie duży wpływ miało ukształtowanie poligonu, zwłaszcza jeśli chodzi o uwzględnienie poprawek na wiatr. Do tego strzelaliśmy przy bardzo niskich ciśnieniach, mieliśmy 915 hPa – takich warunków w Polsce się nie spotyka. Była to kwestia wysokości poligonu nad poziomem morza, ale także głębokiego niżu. To znacząco wpływało na trajektorię lotu pocisków. Temperatura wynosiła od 6 do 10 stopni Celsjusza, więc było dość chłodno. Wiatr wiał z kierunku wschodniego, wpadał w dolinę, przez którą strzelaliśmy, więc duże znaczenie miało zapoznanie się z topografią tej doliny i przewidzenie jak wiatr będzie zachowywał się na wzgórzach, w przesmykach między górami itp. To było bardzo istotne.
Z moim obserwatorem, Maciejem Stasiakiem, bardzo intensywnie pracowaliśmy w oparciu o pomiary wiatru, ale także korzystaliśmy z danych z różnych aplikacji pogodowych podających prognozy. Istotna była także obserwacja mirażu. Nawet w tej dość niskiej temperaturze miraż był widoczny i bardzo nam pomógł, no ale trzeba go było zaobserwować. Musieliśmy się bardzo skupić na kierunkach wiatru, bo to przecież jeden z najważniejszych czynników wpływających na trajektorię lotu pocisków.

Jak wygląda taktyka na takich zawodach?

Jednym z elementów taktyki jaki musimy sobie opracować jest to, o czym mówiłem wcześniej. W zależności od różnych warunków pogodowych musimy umieć przewidzieć, co zastaniemy na poligonie, nawet bez wizyty na nim. Ja osobiście przygotowuję sobie coś co nazywam macierzą wiatrowo, temperaturowo, kierunkową. To jest dość skomplikowana tabelka, która powstaje po przeanalizowaniu pogody i ukształtowania terenu. Pozwala ona uśrednić różne scenariusze i rozbić je na poszczególne dystanse podane dzień wcześniej przez organizatorów. W notatniku zapisuję sobie tą tabelkę, czyli macierz podającą w zależności od kierunku i siły wiatru obliczone przeze mnie poprawki horyzontalne, ale także elewacyjne, bo przecież wiatr z rożnych kierunków wpływa także na elewację. Dzięki temu, że tworzę sobie taką macierz, po pierwszym trafieniu, bądź po zaobserwowaniu tzw. splasha przez obserwatora, potrafię odnaleźć się w tej tabeli i uwzględnić realne warunki panujące na poligonie. Pamiętajmy, że my jesteśmy w jakimś miejscu, a strzelamy na duże dystanse – 2 do 3 km – więc musimy umieć uśrednić, aproksymować warunki na całej drodze jaką pokonuje pocisk. Muszę się więc odnaleźć w swojej macierzy aby znaleźć wartości nastaw pozwalające przyjmować poprawki dające celne strzały na danym dystansie. Mogę też łatwiej przenieść się na kolejne dystanse w warunkach, które mi ta macierz podpowiedziała.
Drugim elementem jest znajomość balistyki własnej amunicji. Po dniu kwalifikacyjnym musimy wiedzieć, czy bardziej „dołowaliśmy” czy „górowaliśmy” nad celem. Musimy przeprowadzić szybką korektę nastaw, czy to co pokazują nam kalkulatory balistyczne pokrywa się z rzeczywistością. Jeżeli nie pokrywają się, to musimy znaleźć na to jakiś pomysł. Z moim obserwatorem preferujemy sposób aby raczej nie donieść strzału, bo łatwiej zauważyć upadek pocisku przed celem niż przenieść go i zastanawiać się, czy przenieśliśmy tylko trochę, czy znacznie dalej. Ta metoda naszym zdaniem jest efektywniejsza. Tutaj należało skupić się na tym, żeby w granicach rozsądnego błędu – pamiętajmy, że cele były naprawdę małe i wybaczały błąd ok. 0,3 mRad na boki – to nie jest dużo. Starałem się celować troszkę niżej, powiedzmy w dół gongu, żeby ułatwić obserwatorowi ewentualne naprowadzenie mnie na cel.
Takie elementy taktyki jak czytanie otoczenia, spokojnego przygotowania macierzy pomogło nam w uzyskaniu dobrego wyniku. Kiedy już dowiedzieliśmy się, że zakwalifikowaliśmy się do finału i że dobrze rozpoznaliśmy warunki podczas kwalifikacji, mieliśmy świadomość, że w finale będzie znacznie trudniej. Trzeba było dobrze odnaleźć się w tych warunkach. Jeszcze raz, obserwacja otoczenia, obserwacja trafień, bądź nietrafień, bo powtarzam – nietrafiony strzał, ale zaobserwowany, niesie ze sobą bardzo wiele informacji, możemy w krótkim czasie skorygować strzały i po prostu zacząć trafiać.
Jak już mówiłem wcześniej, ważne jest teoretyczne przygotowanie do strzelania, próba przewidzenia wszystkich możliwych scenariuszy pogodowych na następny dzień na podstawie prognoz. Należy unikać sytuacji, w których kładziemy się na stanowisku z karabinem, patrzymy na przedpole i przez lunetę widzimy, że np. miraż leci się w lewą stronę, a wiatr odczuwalny mamy z prawej i dopiero się zastanawiamy co mamy robić. Jeśli nie jesteśmy przygotowani, to możemy stracić koncentrację i czasem robi się wtedy głupoty. Przypomnę, że na oddanie 13 strzałów w rundzie kwalifikacyjnej było dziewięć minut, a w finale na 15 strzałów 10 minut. Przygotowanie do konkurencji sprawiało, że nam czasu na oddanie wszystkich strzałów wystarczało.

Na ile w strzelaniu na ultra-dalekie dystanse ważny jest karabin?

Moim zdaniem sprzęt i elaboracja są kluczowe. Bez tego nie będziemy skuteczni na dużych dystansach. To jest podstawa, bez tego nie warto nawet zaczynać strzelania na ultra dalekie dystanse. Błędy kątowe jakie może popełniać nasz karabin, albo błędy postawy jakie będzie on wymuszał, bo będziemy mieli złą osadę, która nie pozwoli nam się właściwie ułożyć do tego karabinu, będzie miał źle dobraną lufę albo amunicja będzie źle dobrana do danej lufy, to nam przeszkodzi we właściwym strzelaniu. Karabin musi być perfekcyjny. Z Mosina nie osiągnie się dobrego wyniku, nie oszukujmy się. To musi być dobry sprzęt, sprawdzony na krótszych dystansach, bardzo dobrze ustawiony, wyzerowany, ztruingowany kalkulator balistyczny. Wymaga to wielokrotnych treningów, które potwierdzają nam nastawy, bądź musimy je dostroić do rzeczywistych opadów naszej amunicji.
Ja sam elaboruję swoją amunicję. Staram się żeby była ona bardzo precyzyjna. Wykorzystuję bardzo dobre komponenty. Mam dobry karabin, Tu wszystko musi zadziałać. Nie ma miejsca na przypadki, że nam się śrubka w montażu odkręci, bo to od razu przenosi się na celność strzałów. Tam są bardzo duże energie. Ja sam strzelam z kal. .357 CheyTac, gdzie na starcie mam 11 000 J energii. To jest potężna energia, która na pewno wpłynie negatywnie na celność, jeśli coś nie będzie poprawnie działało.

W takim razie z jakiego karabinu strzela Król 2 Mil?

Nie jestem zwolennikiem karabinów customowych, czyli składania karabinów z różnych komponentów. Wiem, że to ma sens, ale ja lubię strzelać z karabinów z pudełka, czyli takich, które mogę kupić u producenta w całości, bez żadnych modyfikacji. Strzelam z karabinu Victrix Crown w kalibrze .375 CheyTac. To jest karabin kupiony bez żadnych modyfikacji. Każdy posiadacz pozwolenia może sobie taki karabin nabyć.
Oczywiście potrzebne są jeszcze bipod i luneta. Luneta musi pasować danemu strzelcowi. Nie chcę rzucać fachowymi terminami optycznymi jakie podają producenci. Dla mnie są po prostu lunety, przez które patrzy mi się dobrze lub źle, czyli najważniejsze są subiektywne odczucia. Na zawodach King of 2 Miles strzelałem z lunetą ZCO ZC840 z powiększeniem 8-40 przy średnicy obiektywu 56. Daje mi dobrą widoczność. Elewacja jest wystarczająca, ale i tak na najdłuższych dystansach w finale musiałem korzystać z pryzmatu dodającego mi do regulacji 29 mRad. Nastawy mojej lunety nie wystarczyły na naniesienie bezpośredniej poprawki, a nie chciałem strzelać po krzyżu, więc konieczny był pryzmat Nightforce.
Luneta musi leżeć strzelcowi. Jest wiele dobrych lunet na rynku. Nie chcę wskazywać jednego konkretnego produktu. To, że strzelam obecnie z takiej, a nie innej lunety sprawił przypadek. Tak naprawdę strzelam z bardzo wieloma lunetami, które są bardzo dobrej klasy. Wiadomo, że chińskie lunety za 1500 PLN nie będą precyzyjne, zwłaszcza z dużymi nastawami. Jeden klik to musi być naprawdę 1 cm na 100 m, 10 cm na 1000 m i prawdziwe 30 cm na 3 km.

Victrix Crown w kalibrze .375 CheyTac, z którego Jakub Sidorowicz wystrzelał tytuł Króla 2 Mil

Pomówmy teraz o roli obserwatora. Jak ważny jest obserwator i jak ważne jest zgranie obserwatora ze strzelcem?

Obserwator jest niezbędny! W strzelectwie ultra-dalekodystansowym, obserwator jest niezbędny. No może by się udało, przy wystąpieniu iluś sprzyjających czynników, wpływających na to, że możemy sami strzelić. Jednak ten nasz sukces z Francji – dla tego zawsze powtarzam, że NASZ – to jest wspólny sukces strzelca i obserwatora. Tutaj nie ma dyskusji i według mnie nie da się tego zrobić osobno, bo wiem jak to wyglądało, jaka była nasza współpraca, wzajemna komunikacja. Przyznam, że na początku nasza komunikacja z moim obserwatorem Maćkiem Stasiakiem nie była idealna. Początkowo ciężko nam się było dogadywać, ale odbyliśmy parę rozmów, ustaliliśmy język, którym będziemy się posługiwać, ustaliliśmy zasady komunikacji. Maciek bardzo często świetnie wyłapuje nawet trasę lotu pocisku, czy ślad uderzenia w cel nawet na bardzo dalekich dystansach. Potrafi się skupić. Jak on to robi, że widzi tor lotu pocisku lub miejsce uderzenia, kiedy mi jest ciężko to zaobserwować – trzeba pytać jego. O ile przy krótszych dystansach widziałem prawie wszystko, prawie wszystko, bo wszystko widział Maciek, to w finale bez niego nie wywalczylibyśmy tego zwycięstwa.

Jak długo się zgrywaliście?

Tu lepiej żeby wypowiedział się Maciek, bo według mnie zbyt krótko. Mamy dużo doświadczenia osobno, i chyba dla tego szybko się to ułożyło – po paru ostrych rozmowach, bo obaj jesteśmy ludźmi z charakterem i w prostych żołnierskich słowach, choć żołnierzami nie jesteśmy, wyjaśniliśmy sobie zasady współpracy, szybko złapaliśmy wspólny język i udało się. Ale obydwaj mieliśmy wątpliwości, czy nie zbyt późno rozpoczęliśmy współpracę, że trochę za późno do tego podeszliśmy. Zagrało duże doświadczenie i intuicja, która pojawia się po wystrzelaniu wielu wiaderek amunicji.
Maciej Stasiak również jest strzelcem. Ostatnio udało mi się namówić go na klasę Magnum, żeby zaczął sięgać dalej i robi to bardzo skutecznie. Wydaje mi się, że będzie się w tym kierunku rozwijał, a ja może spróbuję spotterki, żeby się trochę zamienić rolami, bo to także jest ważne. Strzelcowi pomagają umiejętności spotterskie, a spotterowi umiejętności strzeleckie. U nas to chyba tak zagrało. Do końca nie wiem jak, ale się stało.
Chodzi o to, aby umieć przeanalizować sytuację i nie przekazywać zbyt dużo czasem zbędnych informacji, bo przecież mamy tylko dziewięć minut na 15 strzałów. Poradziliśmy sobie bardzo zgrabnie, ale tam nie ma czasu na pogaduszki – tylko konkrety.

W strzelaniu na ultra dalekie dystanse doskonała współpraca strzelca i obserwatora są kluczem do sukcesu

Może teraz trochę o samym Jakubie Sidorowiczu. Jak się zaczęło Twoje zamiłowanie do strzelania w ogóle, a na długich dystansach w szczególności?

U mnie zaczęło się w szkole średniej, na przysposobieniu obronnym. Fajny nauczyciel, który prowadził sekcję strzelecką – to właśnie tam złapałem pierwsze umiejętności w strzelaniu z pneumatyków i bocznego zapłonu, choć nie do poziomu super sportowego. Trwało to ze dwa – trzy lata ale nie przerodziło się w wyczynowe starty.
Po szkole średniej miałem długa przerwę. Dopiero po wielu latach kolega zaproponował mi, że skoro w szkole średnie nieźle strzelałem, to może chciałbym zostać myśliwym. Pomyślałem, że chciałbym spróbować. Kiedy byłem w kole łowieckim jako stażysta, zobaczyłem bardzo źle oddany strzał przez kolegę myśliwego do sarny – tak czasami bywa. Wtedy pomyślałem, że chcę strzelać dużo lepiej będąc pełnoprawnym myśliwym, żeby „tak nie bywało”.
Kiedy już zdałem egzamin na myśliwego zacząłem bardzo dużo trenować na strzelnicy łowieckiej na 100 m. Chciałem doprowadzić do perfekcji trafianie na tym dystansie w mały punkt wielkości paznokcia małego palca. To był mój początek. I nie da się tego oszukać, nie da się strzelać dalekiego dystansu bez podstaw, a najlepiej podstaw sportowych.
Karabinki pneumatyczne i bocznego zapłonu nie wybaczają dużych błędów, więc są bardzo dobre do pracy nad techniką strzelecką, by doprowadzić ją do perfekcji. Trenując na centralnym zapłonie trenowałem dalej na 100 m, aż udawało mi się trafiać grupę pięciu strzałów, w obszar wielkości paznokcia małego palca.
Kiedy już byłem wprawnym myśliwym, potrafiącym naprawdę celnie strzelać, kolega ze sklepu myśliwskiego, Sebastian Dudra powiedział mi, że w Skarżysku jest strzelnica, gdzie można postrzelać trochę dalej niż 200 m, że nawet 600 czy 800. Złapałem chętkę. Zacząłem szukać w intrenecie jakiegoś kursu ze strzelania na dalekie dystanse, który w Skarżysku odbywa się i żeby było śmieszniej, w wyszukiwarce wyskoczył mi kol. Michał Dudzik, który mieszka w tym samym mieście co ja. Jak widać, dzięki sprawnej wyszukiwarce internetowej, przeszedłem pierwszy kurs strzelectwa dalekodystansowego. Najpierw taki podstawowy, później trochę wyższy poziom.
Przy okazji zachęcam, aby przeszkolić się pod okiem jakiegoś doświadczonego instruktora na kursie, bo wtedy uczymy się od razu dobrze. Teraz jest wiele fajnych kursów, więc warto zacząć dalekodystansowe strzelanie od dobrego instruktora, który umiejętnie poprowadzi przez pierwsze kroki. Później trzeba się już samodoskonalić.
Następnie była cała masa zawodów, bo nie bałem się jeździć na zawody mimo, że nie miałem jeszcze super umiejętności. Jeszcze parę lat temu prawie nie było gdzie strzelać. Teraz jest więcej obiektów i organizowanych treningów, ale wówczas, żeby trenować trzeba było po prostu jeździć na zawody – start w zawodach też jest treningiem. Jeździłem do Rafała Walczowskiego. Na jego F-Classie był jeden dzień treningu, a później dwa dni zawodów. Zawody jako trening, żeby pójść i dostać w dupę – proszę to zacytować słowo w słowo – ale wyciągnąć z tego właściwe wnioski. Bo ważne jest żeby wyciągać wnioski z własnych błędów. Nie ma takiego przypadku, że ktoś się położy i od razu zacznie dobrze strzelać na dalekie dystanse, trzeba przejść wszystkie etapy.
Później były coraz dłuższe dystanse, coraz większe kalibry: .223 Remington, .308 Winchester, 6,5 Creedmoor, .338 Lapua Magnum, aż do mojego obecnego kalibru .375 CheyTac, z którego udaje się strzelać bardzo, bardzo daleko. To wszystko w dużym skrócie oczywiście.
Od aktywnego myśliwego w 2015 roku, do 2024 roku mamy dziewięć lat. Plus podstawy, które zyskałem w szkole średniej, bo jednak pamięć mięśniowa wyuczona u młodego człowieka zostaje. Szybko wróciła technika strzelecka, którą trzeba było trochę poprawić, ale pomalutku się to udało.
Pamiętam kiedy ćwiczyłem dystanse 300, 600, 800 m, utylizowałem wówczas naprawdę ogromne ilości amunicji. Teraz strzelam bardziej finezyjnie, selektywnie, bardziej cyzeluję każdy strzał. Staram się strzelać bardziej z głową. Jakość, nie ilość. Ale ta ilość na początku musiała być, bo tam wypracowywała i utrwaliła się pamięć mięśniowa, umiejętność złożenia, procedury oddania strzału. To są rzeczy, które w nieskończoność trzeba powtarzać. Jak się strzela na ekstremalnie dalekie dystanse, trzeba o robić bardzo… chłodno i spokojnie.

Podczas tegorocznego treningu na ultra-dalekie dystanse, pod nieobecność Macieja Stasiaka, rolę obserwatora pełnił Rafał Rutkowski (pierwszy z lewej) / Zdjęcia: Grzegorz Sobczak, MILMAG

Nieco uprzedziłeś moje następne pytanie, czyli od czego zacząć?

Pójść na kurs, a jeżeli nie, to przynajmniej zacząć z kimś, kto ma doświadczenie. Warto zacząć się uczyć od razu dobrej techniki strzeleckiej. Celność przyjdzie z czasem. Właściwe czytanie warunków pogodowych przyjdzie z czasem. To nie jest taki ogrom wiedzy jak się wydaje na początku. Im więcej strzelamy, tym buduje nam się większe doświadczenie, które przekształca się w intuicję. Łatwiej nam wtedy wejść na strzelnicę, powąchać nosem, wystawić uszy do wiatru, spojrzeć w niebo, zmierzyć temperaturę i – aha to dzisiaj tak strzelamy. I nagle okazuje się, że jest OK. Ale trzeba parę lat postrzelać, dużo zapisywać i analizować swoje sukcesy i porażki. Istotne jest, żeby nie robić tego od wielkiego dzwonu albo „na głupka” – „strzeliłem nieważne co, jaki wynik, ale strzeliłem długi dystans, nawet raz mi weszło” – no, nie oto chodzi. Trzeba przyjąć jakąś metodykę.
Kiedyś udało mi się popełnić na zaprzyjaźnionym portalu portalstrzelecki.pl u Darka Topyły metodykę mojego treningu strzeleckiego, gdzie wykorzystując niewielkie ilości amunicji, można przechodzić kolejne dystanse przy odpowiednim korygowaniu się w zależności od zmiennych warunków atmosferycznych. Wydaje mi się, że to może być pomocne. Takie lokowanie produktu mi wyszło (śmiech). Tam ten artykuł sobie wisi – zachęcam do czytania.

Ale rozumiem, że jest to materiał dostępny nieodpłatnie, więc może nazwijmy to propagowaniem wiedzy…
Jak wygląda zwykły trening Jakuba Sidorowicza?

Zależy jaki trening – fizyczny, mentalny itp.? Oczywiście najważniejszy jest jednak bez wątpienia trening strzelecki, resztę pomińmy. Mi bezdyskusyjnie bardzo pomogły treningi na poligonie w Zielonce. Przy współpracy z Team99 Academy, co najmniej raz w miesiącu, mogę strzelać na dystansach do 1850 m. To tutaj wypracowałem nawyki strzelania ultra-dalekodystansowego. Jeśli chodzi o sam przebieg treningu, lubię łączyć trening tarczowo-gongowy. Najpierw wykonuję trening tarczowy, gdzie, jak napisałem w materiale o metodyce zamieszczonym na portalu, wgryzam się w warunki pogodowe albo reaguję na zmiany warunków pogodowych, bo trening trwa cały dzień, więc te warunki potrafią się zmieniać. W ten sposób bardzo precyzyjnie potwierdzam sobie na tarczy swoje nastawy. Następnie stawiamy sobie gongi na kilku dystansach i potwierdzamy sobie to co wyczytaliśmy z tarczy. Kupiliśmy sobie kilka gongów, dospawaliśmy sobie do nich trochę usprawnień, mamy znaczniki błyskowe trafienia celu – to pomaga.
Najlepiej trenować z obserwatorem, mamy wówczas natychmiastową informację zwrotną o torze lotu pocisku i ewentualnym splashu. W tym zakresie trening na poligonie w Zielonce jest bardzo pomocny.

Mam tez pytanie ogólne. Czego twoim zdaniem brakuje polskim strzelcom dalekodystansowym w zakresie infrastruktury i wsparcia?

Trochę brakuje infrastruktury cywilnej. Sytuacja z dostępem do miejsc, gdzie można trenować jest dziś znacznie lepsza niż jeszcze osiem, czy pięć lat temu. Na współpracę szerzej otworzyło się Wojsko Polskie i dzięki temu możemy trenować na obiektach wojskowych. Strzelamy zawody na poligonach w Drawsku, Orzyszu, Wędrzynie, czy na Nowej Dębie. Gdyby nie wojsko, które pozwala nam korzystać z tych obiektów, nasze umiejętności by nie rosły. Jako strzelcy sportowi rozumiemy sytuację, gdy musimy odwołać zawody czy trening ponieważ ćwiczy wojsko – są ważniejsze zadania od naszej pasji strzeleckiej – ale zazwyczaj czujemy przychylność armii i współpraca się rozwija
Jednak nawet mimo życzliwości wojska tych obiektów jest mało. Gdyby pojawiły się jakieś komercyjne obiekty, na pewno napędziłyby koniunkturę na rozwój strzelectwa dalekodystansowego. Jest nas w tej chwili całkiem zgrana grupa strzelców i instruktorów strzelectwa dalekodystansowego, którzy wiedzą jak przekazywać swoją wiedzę. Pojawia się wiele kursów i naprawdę najbardziej brakuje nam obiektów, gdzie moglibyśmy trenować.
Sprzęt jest dostępny, zawody są organizowane w coraz większej liczbie, naprawdę jest gdzie strzelać, choć mniej jest miejsc, gdzie można trenować. Jednak, jeśli ktoś chce strzelać, to znajdzie strzelnicę.
Świetną imprezą promującą strzelanie dalekodystansowe, w mojej ocenie jest Delta Long Range Weekend. Pojawia się na niej coraz więcej ludzi, a nam serducho rośnie gdy przyjeżdżają instruktorzy i mają masę ludzi do obrobienia.
Nie mamy też profesjonalnego sponsoringu tak jak np. w Stanach Zjednoczonych. Jest oczywiście całą masa firm z branży, które wspierają zawody i organizują różne imprezy (bez nich zapewne by się nie odbyły), ale nie ma profesjonalnego „zaopiekowania” się rokującymi, zdolnymi strzelcami. Myślę, że ten obszar będzie się rozwijał, ale u nas jakoś to tak strasznie się ślimaczy. Koszty sensownego trenowania i startu w najważniejszych zawodach są bardzo duże i nie wszystkich zdolnych na to stać, a szkoda.

Mam w takim razie pytanie, czy budujemy szeroką podstawę do selekcji talentów strzeleckich?

My, czyli kto?

Mam na myśli środowisko, bo państwo niekoniecznie…

A ja bym właśnie oczekiwał, bo to nie byłoby takie złe, gdyby pojawiły się programy zainicjowane przez władze państwowe – nieważne z jakiej opcji się wywodzą. Strzelectwo dalekodystansowe, według mojego rozeznania bezpośrednio przenosi się zwiększanie poziomu obronności naszego państwa. Przez ostatnie lata naprawdę wielokrotnie współpracowaliśmy z Wojskiem Polskim na treningach, na zawodach, potykając się z nimi, raz wygrywając, innym razem przegrywając. Widać było, że nasze umiejętności rosły – i strzelców cywilnych i wojskowych. Państwo mogłoby więc zaangażować trochę bardziej. Choć należy podkreślić, że w tej materii nie jest źle. Jeżeli wojsko zaprasza nas na poligony i wyraża zgodę na to żeby nasze cywilne zawody odbywały się na wojskowym poligonie to już jest super. Chociaż gdyby na pozwolili trochę więcej, to byłoby jeszcze lepiej.

W sumie jesteście przecież zasobem na czas „w” i nie mówię tu o nawet o skierowaniu na linię frontu, ale choćby do szkolenia wojskowego…

Muszę powiedzieć, że znam to środowisko i wiem, że zdecydowana większość kolegów i koleżanek ma bardzo patriotyczne podejście i z pewnością stawią się tam, gdzie będzie trzeba, niezależnie czy będzie to szkolenie, czy coś innego.
Jeśli chodzi o popularyzację strzelectwa dalekodystansowego, zależy mi na rozwoju naszego środowiska. Wiem, że jest ono bardzo przyjazne, bardzo dobrze się rozwija. Oczywiście zdarzają się jakieś konflikty w tej grupie – to jest normalne, ale ja generalnie swoją osobą staram się promować życzliwość i przyzwoitość w stosunku do wszystkich dookoła, bo to przynosi efekty, bo to właśnie współpraca przynosi efekty. Im więcej ludzi chce się zaangażować, tym lepiej.
Weźmy chociażby zorganizowanie kursu. Jeśli zadzwonię do jednego, czy drugiego kolegi, to oni na pewno przyjadą i pomogą. Wiedzę, którą mają świetnie wypracowaną swoim nakładem sił i środków, przekażą tym kursantom, którzy będą chcieli tę wiedzę przyjąć. Dlatego cenną inicjatywą jest właśnie Delta Long Range Weekend, gdzie tacy strzelcy, którzy jeszcze nie do końca powąchali długiego dystansu lub mierzyli się z nimi, ale szli nie do końca właściwa drogą, mogą oczekiwać właściwego wprowadzenia w temat. Oni są układani od początku, po kolei, od podstaw właśnie tam. Mogą wyzerować karabin na 100 m, zrobić nastawy od 300 do 800 co 100m. Można trenować podstawy wymuszone jeśli ktoś lubi, albo przyjść do nas na górkę i postrzelać na dystanse od 1000 do 1800 m. To jest bardzo fajna inicjatywa i ludzie chcą to robić. Przyjeżdżają bezinteresownie, na takie imprezy i dzielą się swoją wiedzą. Naprawdę serce rośnie widząc, że ludzie chłoną i wdrażają przekazywaną wiedzę, a potem po roku, czy dwóch latach, często widzimy ich na zawodach jak zdobywają wysokie lokaty. Znaczy, że to działa.

Czy widać, że rośnie zainteresowanie strzelectwem dalekodystansowym w Polsce?

Zdecydowanie tak, zwłaszcza po wybuchu wojny na Ukrainie. Wprawdzie trwa ona od 2014 roku, ale po ataku sprzed dwóch i pół roku bardzo wzrosło zainteresowanie strzelectwem w ogóle. To takie przebudzenie społeczeństwa, że umiejętność strzelecka to nie jest nic złego, że to jest umiejętność obronna. My nie jesteśmy jako państwo agresorem, my chcemy umieć się bronić. Jeżeli będziemy świetnymi strzelcami, będziemy mieli coraz więcej broni, to będziemy się czuli we własnym gronie bezpieczniej. To nie jest tak, że nagle bandyci zaczną latać z pistoletami. Bandyta nie potrzebuje pozwolenia na broń, ani przechodzić kursów, czy badań lekarskich.
W tym ogólnym wzroście zainteresowania jest także coraz więcej strzelców dalekodystansowych. Ja zawsze żartuję, że jak będzie jakiś konflikt, to wolę być dalej od wroga niż bliżej, ale każda umiejętność strzelecka, i pistoletowa, i karabinkowa, i karabinowa, daleki dystans, jest potrzebna, bo fajnie jest być strzelcem wszechstronnym, specjalizującym się w jakiejś dziedzinie. Bycie strzelcem wszechstronnym naprawdę pomaga w tym, żeby zbliżać się do poziomu mistrzowskiego w jednej konkretnej dziedzinie strzelectwa – przynajmniej według mojej oceny. Tak, coraz więcej ludzi pojawia się na długim dystansie – i dobrze! I będziemy ich szkolić!
Jeżeli chodzi o inne rodzaje strzelectwa dalekodystansowego, przez ostatnie dwa lata, z inicjatywy dwóch organizacji – chodzi mi o PRS i PLPRF– promowane jest strzelanie PRS-owe, czyli praktyczne. Wcześniej, przez wiele lat takie właśnie praktyczne strzelectwo promowała Mykita (i nadal to robi). Strzelectwo praktyczne to jest strzelanie z różnych pozycji, wymuszonych postaw, przy zmęczeniu organizmu, czasami na nieznane dystanse, ale dalekie dystanse. Takie strzelectwo praktyczne w naszym kraju rozwija się bardzo dynamicznie i to też bardzo cieszy. To są bardzo szybkie konkurencje. Ja mówię, że to jest takie IPSC ale z karabinem z lunetą.
Mykita jest bardziej taktyczna, oddająca warunki pola walki.
PRS Poland i PRF Poland zaczęły się chyba w końcu dogadywać i organizują wspólną ligę i to bardzo cieszy, bo zgoda buduje. Jedni preferują boczny zapłon i krótsze dystanse, inni centralny zapłon i dłuższe dystanse, ale zasady punktacji są bardzo podobne. Ja zresztą uważam, że strzelanie z bocznego zapłonu to doskonała szkółka do strzelania dalekodystansowego. Może mnie za to zlinczują, ale tak uważam – i już! Fajne jest, że każdy może mieć swoją drogę strzelecką. Każdy inaczej się odnajduje i idzie swoją drogą. Ważne, że się w tym kierunku rozwija, doskonali się.
Grzechem było by nie wspomnieć o dalekodystansowym strzelectwie tarczowym, które w naszym kraju ma się świetnie. LongShot, F-Class, PPLRS, zawody w Orzyszu i pewnie o czymś zapomniałem – jest w czym wybierać.

Ostatnie pytanie: czym zajmuje się Jakub Sidorowicz na co dzień?

Wraz z grupą fantastycznych ludzi – mam to szczęście, że udało się stworzyć fantastyczny zespół – prowadzę firmę zajmującą się handlem sprzętem medycznym. Jestem normalnym człowiekiem, który musi ciężko pracować żeby móc realizować swoje pasje. A mam ich jeszcze kilka.
Od wielu lat jestem zapalonym żeglarzem, obecnie morskim i oceanicznym, choć przez ostatnie cztery lata nieco żeglarstwo zaniedbałem, bo w tym czasie zintensyfikowałem trening dalekodystansowy. Czytam dużo książek i oczywiście lubię dużo słuchać muzyki.
Mam też przyjemność posiadać z żoną domek pod miastem i lubię się nim zajmować – żeby był zadbany. Bardzo lubię spędzać tam czas bo to doskonały sposób zresetowania głowy, a zresetowana głowa jest bardzo istotna w strzelectwie.
Generalnie strzelectwo jest świetną formą poukładania swojej głowy. Dlatego zachęcam młodzież do tego sportu. Dziś w dobie natłoku informacji, powierzchownego traktowania ludzi przez media, dzieci i młodzież są bardzo rozkojarzone. Strzelectwo potrafi doskonale wyciszyć i ukierunkować nasze myślenie i poukładać wszystko w głowie. To bardzo poprawia koncentrację, co jest przydatne choćby w nauce. Z tego właśnie względu bardzo polecam strzelectwo młodym ludziom. Nie musimy od razu angażować się w bardzo skomplikowane konkurencje sportowe. Każdą formę spędzania czasu na strzelnicy uważam za pożyteczną.
Na koniec tylko dodam trochę przewrotnie, że być może w uzyskiwaniu dobrych wyników w strzelectwie dalekodystansowym po części pomaga mi to, że mam duży dystans do samego siebie i spraw otaczającego mnie świata.

Dziękuję za rozmowę

Sprawdź podobne tematy, które mogą Cię zainteresować

Test: Czy lasery nauczą nas strzelać? Trenażer strzelecki Laser Ammo i-MTTS

W każdej dyscyplinie sportowej wypracowanie formy wiąże się z mozolnym powtarzaniem ćwiczeń w celu doskonalenia techniki, poprawienia sprawności i siły. Odpowiednia częstotliwość wykonywania ćwiczeń…

Nowa luneta Schmidt & Bender do zawodów F-Class

Schmidt & Bender wprowadza do oferty lunetę 10-60×56 CM II High Performance, zaprojektowaną do zawodów F-Class (podrodzaj zawodów NRA High Power Shooting).

Komentarze

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.

Dodaj komentarz

X