Przejdź do serwisu tematycznego

Niech światłość będzie z Tobą – Czyli jaka latarka do czego i w ogóle po co mi ona

Mamy XXI wiek – niemal każdy wychodząc z domu ma przy sobie smartfona, a w nim opcję latarki. Może się wydawać, że noszenie osobnego przedmiotu do oświetlania otoczenia nie ma sensu ma sensu, skoro każdy w kieszeni nosi substytut. Tylko co w sytuacji, gdy telefon się rozładuje albo już ledwo zipie? Co jeśli wtedy zajdzie potrzeba wezwania pomocy? Co gdy noc jest tak ciemna, że nic nie widać? Wtedy zaczynają się schody, a niedoceniana przez wielu latarka okazuje się najlepszym przyjacielem.

Po co mi latarka?

Osobiście uważam, że w turystyce czy rekreacji ważniejsza w plecaku jest latarka niż nóż. Realna potrzeba użycia ostrza zachodzi zazwyczaj dość rzadko i nie raz można go zastąpić jakimś innym przedmiotem z ekwipunku lub znalezionym w terenie. Źródło światła ciężko zastąpić. Zapewne części z Was przyjdzie do głowy: „ale przy pomocy noża można zrobić pochodnię”. Owszem można zrobić, ale po co skoro latarka jest lżejsza, użycie i niesienie jej kosztuje nas mniej energii a do tego jest bardziej wydajna? Nie róbmy z siebie na siłę Rambo.

Sam należę do ludzi, którzy noszą przy sobie rożnego typu zestawy EDC. Mniejsze, lub większe. Czasem zestaw, który składa się z wielu elementów ograniczam do minimum: multitoola lub foldera i latarki. Czasem nawet do samej latarki, gdyż to właśnie po nią najczęściej sięgam. Zawsze wychodząc z domu, nie ważne czy do lasu, czy do miasta, mam przy sobie co najmniej jedno źródło światła. Dlaczego? By nie mieć problemu ze znalezieniem w ciemności czegoś, co mi wypadło z plecaka. By w ciemnym zaułku czuć się bezpieczniej i po prostu by wędrować bezpieczniej w ciemności. Latarka to nieodłączny element mojego codziennego zestawu, nawet gdy nie mam możliwości wzięcia wygodnej czołówki, czy innej rozbudowanej latarki, mam do kluczy dopięty mały świecący brelok. Tu nie trzeba szaleć z bardzo drogimi gadżetami. Zazwyczaj starczy tani breloczek z diodą, który pozwoli znaleźć coś w ciemności. Można też poszukać małych latarek o większej mocy – wielu producentów ma takie maluchy w ofercie, np. Olight i1R 2 lub Armytek Zippy.

 

Często popełnianym przez turystów błędem jest stwierdzenie: „Idę w trasę tylko na kilka godzin, nie będę szedł po zmroku, więc nie zabieram latarki”. Jest to najpopularniejszy i najłatwiejszy sposób na wpadnięcie w tarapaty. Co roku słychać doniesienia z gór, że turyści na banalnym szlaku nie dają rady zejść, bo zrobiło się ciemno, nie wzięli latarek, a telefony im padły. Jesienią czy zimą ciemno robi się bardzo szybko: na otwartej przestrzeni jest jeszcze jasno, ale w lesie jest już ciemno koło 15:00. Tak samo ciemno będzie w lecie w piękną noc, kiedy świat jest oświetlony księżycem i gwiazdami. W takich warunkach rozbijanie obozu bez sztucznego światła to jedna z mniej przyjemnych rzeczy.

Jaka latarka i za ile?

Zapewnienie sobie bezpieczeństwa nie wymaga dużych nakładów finansowych. Najprostsza i najtańsza latarka to wydatek już kilkunastu złotych i zapewniam: lepiej iść z nią niż bez niej.  Natomiast modele lepsze pod kątem wydajności, wagi, ergonomii itd. zaczynają się już od około 100 zł. Nie jest to dużym wydatkiem, biorąc pod uwagę zwiększenie bezpieczeństwa, które jest bezcenne. Pozostaje pytanie: jaką latarkę wybrać? Czy czołówkę, czy może klasycznie latarkę ręczną, a może coś jeszcze innego. Dużo przy wyborze zależy od naszych preferencji, ale i od tego w jakich warunkach i podczas jakich aktywności będziemy korzystać z latarki. Inną wybierze myśliwy, majsterkowicz, wędkarz, inną fan EDC, a jeszcze inna będzie odpowiednia do wędrówek, biegów czy jazdy na rowerze.

Opcja klasyczna - latarka ręczna

Swego czasu najpopularniejszym wyborem były latarki ręczne, a to dlatego, że kiedyś były one jedyną opcją. Później stały się łatwiej dostępne, tańsze i ważyły nieco mniej od ówczesnych czołówek. Tego typu oświetlenie do dziś ma swoich zwolenników i świetnie sprawdza się w pewnych aktywnościach. Kiedyś ręczne latarki były zasilane dużymi ciężkimi bateriami, ważyły sporo, były nieporęczne i niewygodne w zwykłej turystyce a nawet w użytkowaniu na co dzień. Na szczęście świat idzie do przodu i wszystko się miniaturyzuje. Dzięki temu dziś do dyspozycji są małe ręczne latarki o dużej mocy. Oczywiście są też dostępne większe modele, które poza gabarytem dysponują bardzo dużą mocą i pełnią dodatkowe funkcje, np. pałki do samoobrony. Nowoczesne ręczne konstrukcje są moim ulubionym oświetleniem w codziennym użytkowaniu. Mała, lekka latarka, doczepiona klipsem do pochewki z multitoolem lub krawędzi kieszeni nie przeszkadza w chodzeniu, a gdy zajdzie potrzeba użycia w moment mogę ją dobyć. Tego typu latarka mimo swojego niepozornego rozmiaru może mieć naprawdę dużą moc. Moim faworytami i towarzyszami każdego dnia są Olight Perun mini lub Baton S1. Lekkie i małe, zasilane akumulatorkami i mocy sięgającej aż 1000 lumenów! Oczywiście maksymalna siła jest dostępna tylko chwilę, ale szokujące jest to, że z takiego maleństwa możemy oświetlić przedmiot z odległości około 100 metrów. Jeszcze kilkanaście lat temu latarka o mocy kilkuset lumenów ważyła sporo, była wielka i ciężka. Poza tym potrzeba doświetlenia czegoś na takim dystansie zdarza się rzadko. Zazwyczaj potrzebujemy rozjaśnić sobie przestrzeń maksymalnie kilka metrów przed sobą i wtedy przy pomocy takiego maleństwa robimy z ciemności dzień. Widać wszystko w okolicy, a magnes umieszczony w tylnej części latarki pozwala doczepić ją do każdej metalowej powierzchni – maski auta, kawałka blachy, gwoździa, słupa itd. Magnes jest jednym z ważniejszych elementów, na które patrzę przy wybieraniu latarki do użytku w EDC. Poza możliwością doczepienia do metalowych powierzchni pozwala czasem znaleźć coś metalowego zagubionego np. w trawie.

Większej latarki ręcznej używam zazwyczaj jako zapas – wożony w aucie, w plecaku lub jako oświetlenie na rowerze. Nie jestem fanem typowych lampek rowerowych a od sprzętu wymagam wielozadaniowości. I tak też na wycieczkach rowerowych doświetlam drogę głównie latarkami ręcznymi montowanymi za pomocą specjalnych adapterów do kierownicy. Takie latarki wybieram również wtedy, gdy wiem, że najprawdopodobniej będę potrzebował używać ich dłuższy czas, a czołówka nie zda egzaminu. Większy model to nie tylko większa moc, ale przede wszystkim dłuższy czas pracy, dzięki zastosowaniu mocniejszych akumulatorów. Przy latarkach EDC (ale nie tylko) bardzo cenię sobie możliwość ładowania w terenie przez USB.

Mocniejsze i większe modele są więc dla tych, którzy wymagają od latarki mocy, wydajnej i długiej pracy na akumulatorze oraz niezawodności, a jednocześnie nie chcą czołówki lub specyfika ich działań wymusza ręczne modele. Moim faworytem w roli większej latarki do codziennego użytku, ale także jako oświetlenie na rowerze. jest Olight Warrior mini. To model mocny, zasilany potężnym ogniwem 18650, nie za duży i dość lekki. Mniejsze modele są idealne, gdy latarka jest dodatkowym gadżetem w codziennym życiu, a używanie jej sprowadza się do sporadycznych przypadków lub trwa krótko.

Dla kogo jest ręczna latarka? Do jakich zastosowań wybrać ten typ oświetlenia? Idealnie spisuje się on jako opcja do codziennego noszenia, czyli element zestawu EDC: kompaktowa, poręczna i mocna, pozwoli wyjść z każdej codziennej opresji. Kwestia wyboru większego lub mniejszego modelu zależy już od własnych preferencji i potrzeb.

 

Wiele nowoczesnych latarek, przeznaczonych do EDC, bardzo fajnie sprawdza się jako oświetlenie na rower. Niektóre latarki mają już w zestawie adapter na kierownicę a do innych można go dokupić lub coś samemu wykombinować. Dla miłośników strzelectwa stworzono modele z możliwością montowania na broni. Niektóre wyposaża się w stabilizację, dzięki czemu snop światła jest stale w punkcie podczas strzelania. Większe i cięższe modele to fajny gadżet do samochodu – tu waga nie gra roli a moc może się przydać. Niektóre największe ręczne latarki świecą na ponad kilometr!   Mankamentem ręcznych konstrukcji jest to, że używając ich mamy zawsze jedną rękę zajętą. Gdy potrzebne są wolne obie dłonie musimy latarkę trzymać w ustach, doczepiać gdzieś magnesem lub klipsem np. do daszku czapki.

Opcja wielofunkcyjna - latarki czołowe

Gdy potrzebne są wolne ręce z pomocą przychodzą czołówki. Na rynku jest wiele modeli od klasycznych na pasku, po takie, które można wypiąć z „uprzęży” i używać niezależnie, np. jako latarkę ręczną, lampkę rowerową lub dopiąć klips i zmienić w latarkę EDC. Zacznijmy jednak od typowej, najpopularniejszej w turystycznym świecie, klasycznej czołówki. Modeli oraz producentów jest bardzo wiele, od prostych po naprawdę rozbudowane i mocne. Aktualnie na naszym krajowym rynku czołówek królują dwie marki – francuski Petzl i amerykański Black Diamont. Obie marki są na tym samym poziomie jeśli chodzi o jakość wykonania, natomiast według mnie czarny diament ma kilka innych zalet, które dają mu pewną przewagę w tym pojedynku. Te plusy to np. lepszy interfejs, płynna zmiana mocy świecenia (nie ograniczają nas zaprogramowane tryby), atrakcyjniejszy design, świetny stosunek jakość-cena i mocniejsze gumy, które mniej wyciągają się w trakcie użytkowania. Z oferty BD najbardziej lubię modele COSMO i SPOT. Proste, tanie i dobre czołówki o wystarczającej mocy (odpowiednio 300 i 325 lub 350 lumenów zależnie od wersji) do chodzenia, biegania i ogólnego użytku w outdoorze. Oczywiście modeli wspomnianych producentów jest dużo więcej a ciekawe produkty oferują również inne przedsiębiorstwa. Taka prosta klasyczna czołówka jest idealnym rozwiązaniem dla każdego aktywnie spędzającego czas człowieka, który ceni sobie prostotę, niezawodność i nie chce wydawać więcej niż 200 zł. Trzeba się jednak liczyć z tym, że nie oferują one wielkiej mocy, wytrzymałości i wydajności. Jest to idealna opcja niezależnie, czy ma to być latarka w góry, do lasu, na polowanie, rower, na ryby itd. Oczywiście w typowych czołówkach znajdą się modele dużo droższe, bardziej zaawansowane, wzmocnione, przeznaczone do konkretnych działań, jak np. speleologia. Jednak według mnie klasyczne czołówki nie mają szans w starciu z latarkami multifunkcyjnymi, czyli takimi, które można nosić na głowie i w moment wypiąć i używać jako ręcznych.

Mankamentem prostych czołówek jest ich źródło zasilania, barwa światła oraz ograniczenie do wygodnego używania tylko poprzez noszenie na głowie. W dłoni są mało wygodne a zamocowanie w innym miejscu wymaga kombinowania i chałupniczych metod. Natomiast problem z prądem polega na tym, że latarki tego typu zazwyczaj zasilają zwykłe baterie, które nie są tak wydajne jak akumulatory. Oczywiście można wymienić paluszki na akumulatorki, jednak dalej nie jest to to samo, co przy latarkach zasilanych specjalnymi ogniwami np. 18650. Dysponują one kilkukrotnie większą pojemnością od klasycznych baterii. Dla mnie wadą jest jeszcze biała barwa światła: jest ono zimne, mniej przyjemne dla oka od ciepłych diod, mocniejszych i bardziej zaawansowanych latarek. Oczywiście modele multifunkcyjne zasilane akumulatorami też są dostępne z białym, zimnym światłem. W niektórych sytuacjach barwa ma znaczenie, np. podczas działania w błotnistym, mokrym terenie ciepłe światło działa gorzej, niż białe, które nie jest tak pochłaniane przez podłoże. Co ciekawe, w przeciwieństwie do droższych multifunkcyjnych latarek, w prostych modelach jak np. COSMO czy SPOT są do dyspozycji dodatkowe barwy światła jak czerwona, zielona i niebieska. W specyficznych warunkach przydają się takie dodatkowe funkcje. Czerwona dioda ułatwia obcowanie w obozie z innymi uczestnikami biwaku bo ten kolor nie rozprasza wzroku przyzwyczajonego do ciemności i nie rozbudza towarzyszy. Przez lata sam używałem właśnie takich prostych, „paluszkowych” lampek i nie narzekałem. Wystarczały w 95% przypadków – rower, bieganie, szeroko pojęta turystyka, porządki w piwnicy itd. Jednak odkąd przesiadłem się na „multi-czołówki” z ciepłą diodą i zasilaniem z akumulatorów, zwłaszcza 18650, to już nie mam ochoty wracać do prostszych modeli podczas wędrówek w terenie. Wynika to głównie z możliwości jakie daje takie oświetlenie. Wydajna i długa praca, gigantyczna moc i to nawet przez kilka godzin! Rozbudowany interfejs i wiele trybów pracy pozwalają dostosować intensywność oświetlenia do aktualnej sytuacji. Dodatkowo ciepła dioda umożliwia ładnie doświetlić kadru fotografii i mniej męczy wzrok, chociaż to może być subiektywna opinia. Największą zaletą bardziej zaawansowanych modeli jest możliwość wypięcia ich ze specjalnej uprzęży i używania jako latarki ręcznej i EDC. Często można też tę „uprząż” zamontować np. do szelki plecaka lub oporządzenia, dzięki czemu głowa jest wolna i lekka, a wciąż oświetlamy teren przed sobą. Można je też z łatwością używać jako oświetlenie na rowerze. Podobnie jak przy wspomnianych już w artykule latarkach EDC, tak i tu można ładować ogniwa z powerbanku. Niektóre modele można nawet zasilać bezpośrednio z niego. Wybierając tego typu oświetlenie zyskujemy nie tylko bardziej wydajne urządzenie, ale przede wszystkim wielozadaniową latarkę, która sprosta każdym przygodom.

Mój wybór

Podczas wyjazdów w teren używam jako podstawowego oświetlenia właśnie „multiczołówek” na ogniwa 18650 kanadyjskiej marki Armytek – modelu ELF C2 i WIZARD PRO. Wybrałem je nie tylko z racji na źródło zasilania, ale przede wszystkim na możliwość wypięcia z uprzęży i używania ich jako latarki ręcznej lub ułożenia gdzieś w celu podświetlenia np. namiotu podczas fotografii. Kolejną niepodważalną zaletą jest wytrzymałość na warunki atmosferyczne i brutalne traktowanie. Tak jak proste czołówki w większości wytrzymają całkiem znośnie deszcz, zachlapanie, czy nawet krótki kontakt z wodą, to zdecydowanie gorzej im służą upadki, uderzenia, długie zanurzenia. W mocnych, „taktycznych” latarkach ten problem nie istnieje. Niezawodność, uniwersalność, wytrzymałość i żywotność baterii to powody dla których takie latarki są moimi faworytami podczas wypraw. Nowoczesną „multiczołówkę” doceni każdy, kto spędza naprawdę dużo czasu w terenie, nie chce przejmować się sprzętem i nadmiernie o niego dbać. Modeli oraz producentów takich latarek jest na rynku naprawdę wiele.

Poza latarkami bardzo przydatnym i umilającym życie są lampki biwakowe. W przypadku ultralekkiego wypadu taki luksus jak oświetlenie dodatkowe na jest wręcz nieakceptowalnym dodatkiem. Niemniej przy zwykłym wypadzie, trekkingu, lub campingu warto przemyśleć dorzucenie jakiejś lampki do bagażu. Tu moc, jakość wykonania i wytrzymałość nie mają aż takiego znaczenia, gdyż rzadko wystawiamy je na próbę. Zadanie stawiane przed nimi to bardziej rozświetlenie obozowiska i namiotu niż ciemności podczas wędrówki. Często na biwakach królują proste i tanie lampki z marketów typu biedronka lub decathlon. Nie ma w tym nic złego, sam takich czasem używałem. Są tanie i świecą, a o to tu chodzi. Jednak od jakiegoś czasu przesiadłem się na oświetlenie namiotu przy pomocy lampki biwakowej Black Diamond MOJO. W miarę lekka, i co ważne, podobnie jak czołówki tego producenta, ma płynną regulację światła, co jest genialnym rozwiązaniem. W przeciwieństwie do tanich lampek, dłużej trzyma na baterii i lepiej znosi wilgoć. To spory plus ekonomiczny i ekologiczny. Jest też dostępna w kilku kolorach i wersjach. Dla fanów dyskotek jest model z wieloma barwami świateł, dzięki czemu można na biwaku zrobić mini dyskotekę – pamiętajmy jednak by nie hałasować w lesie!

Dla miłośników bushcraftu czy traperskich klimatów fajnym rozwiązaniem jest tradycyjna lampa naftowa. Modeli dostępnych na rynku jest sporo. Zawsze można też kupić coś z demobilu lub znaleźć ciekawy okaz w niejednej piwnicy. Takie źródło oświetlenia jest zdecydowanie najmniej wygodne do przenoszenia, ale przy bardziej stacjonarnym biwaku warto rozważyć zabranie jej na camping. Ciekawą opcją dla klimatycznego oświetlenia są latarenki na świeczki. Można kupić gotowe modele (np. firmy UCO, niestety na polskim rynku ciężko o nie) lub zrobić samemu z puszki i świeczki.

Nie ważne jaką latarkę wybieramy, najważniejsze, by jakąkolwiek mieć przy sobie.

 

Autor prowadzi bloga BUSHCRAFT – człowiek z buszu.

Sprawdź podobne tematy, które mogą Cię zainteresować

Kuchenka gazowa w zimie

Biwakowanie zimą to w Polsce wyjątkowo mała nisza, a według moich obserwacji wewnątrz niej większość gotuje na ognisku. Nie ma w tym nic złego, po prostu nie jestem fanem

„Kostka”, czyli archetyp małego plecaka

„Kostka”. Plecak-legenda. Dlaczego uzyskał taki status? Jak odnajduje się w czasach współczesnych?

Komentarze

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.

Dodaj komentarz

X