Przejdź do serwisu tematycznego

Jedzenie w buszu

Człowiek jest jak silnik: nie tankujesz – nie jedziesz, nie jesz – nie działasz. Niezależnie od rodzaju aktywności, czasu trwania czy warunków należy przygotować się pod kątem żywieniowym. Każdy ma swoje preferencje, ale ogólne zasady są zawsze takie same.

Człowiek w trakcie zwykłego dnia spala około 2500 kilo kalorii (kcal). Praca, dom, minimum aktywności. Gdy wędrujemy, jedziemy, płyniemy itp. zapotrzebowanie na kalorie znacznie wzrasta. Oczywiście w przypadku weekendowego czy kilkudniowego wypadu nawet mniejsza dawka nie wpłynie specjalnie na zdolności i wydolność organizmu. Przy dłuższej wyprawie i większym wysiłku należy jednak zwiększyć ilość energii dostarczanej organizmowi. Często nawet o kilka tysięcy kcal! Jednak nie chodzi o to, by zjeść duży kaloryczny posiłek. Sztuka tkwi w dostarczeniu zbilansowanej, energetycznej i różnorodnej diety. Nie da się jednym produktem zaspokoić wszystkich potrzeb. Nie tylko kaloriami żywi się organizm. Potrzebuje też minerałów, witamin itd. Organizm sam często mówi, czego potrzebujemy. Jak to się objawia? Zaczynamy mieć ochotę na coś, czego zazwyczaj nie jemy. Na co dzień nie spożywamy pomidorów, ale pewnego dnia nachodzi na nie straszna ochotna. Nie jemy jajek, ale w końcu i na nie przychodzi chrapka. Wsłuchanie się we własny organizm jest niezwykle ważne. Im lepiej poznamy samych siebie, tym lepiej wykorzystamy swoje możliwości.

Kanapka z jajem

Najłatwiejsze do przygotowania jest żywienie na jednodniowe wycieczki, bo tak naprawdę nawet nie zabierając ze sobą niczego, nic się nie stanie. Co ciekawe ludzki organizm jest w stanie wytrzymać bez jedzenia nawet 3 tygodnie! Jeśli spakujemy za mało jedzenia, nie ma co panikować, nie umrzemy. Bez wody już po 3 dniach człowiek umiera, dlatego poza odpowiednim jedzeniem należy pamiętać o nawodnieniu.

Plan żywieniowy na całodzienną aktywność warto dostosować do konkretnej działalności outdoorowej. Inaczej będzie wyglądała dieta spacerowicza, wędrowca, a inaczej kogoś, kto jedzie rowerem z nastawieniem na dystans i prędkość. W pierwszym przypadku jednym z lepszych i klasycznych posiłków są kanapki. Im bardziej treściwe, tym lepiej. Mogą zawierać jakąś szynkę, warzywa, ser, jajka. Taki posiłek to sporo składników odżywczych, czyli energii dla ciała. Trzeba tylko pamiętać, że w wyższych temperaturach niektóre składniki szybko się psują. Do tego koniecznie woda lub herbata w termosie. Przydatne będą też jakieś przekąski, np. kabanosy lub coś słodkiego dla podniesienia morale. Z takim zestawem wyjście w teren będzie udane.

Kanapki to świetny wybór na krótsze wypady. Nie musi być z jajkiem. Ważne żeby były treściwe

W przypadku intensywnej aktywności, jak wspomniana już jazda rowerem lub marsz długodystansowy, konieczne będzie inne podejście. Jedzenie musi być lekkie, kaloryczne i łatwo przyswajalne. W takim przypadku świetnie sprawdzają się orzechy, najlepiej mieszanka różnych. Batony energetyczne, np. This1 są zdrowe, naturalne i pożywne. Na trekkingach i rowerze są po prostu niezastąpione. W łatwej formie dostarczają dużo energii i substancji odżywczych. Dobrym dodatkiem jest też suszona wołowina – smaczna i pożywna. Jeśli aktywność jest jeszcze bardziej wymagająca, można rozważyć dodanie do diety musów energetycznych. Ciągle dorzucamy do pieca, dzięki czemu dalej i sprawniej dojdziemy. W przypadku intensywnego lub długotrwałego wysiłku ważne jest, by podawać organizmowi cały czas paliwo. Dobrym sposobem jest podgryzanie co jakiś czas (np. 20 minut lub 2 kilometry – każdy musi wypracować własną częstotliwość) małej porcji orzechów, rodzynek, kabanosów, wspomnianych już batonów energetycznych lub suszonej wołowiny. Co kto lubi. Chodzi o ciągłe dostarczanie prądu do organizmu. Identycznie z piciem – często a mało. Taka metoda sprawdza się świetnie przy dużych wysiłkach.

Przekąski to cenny dodatek na każdym wypadzie. Dzięki nim zawsze można coś szybko dorzucić do pieca

W przypadku wyjazdów z noclegiem jest kilka opcji na zaspokojenie głodu. Prostym i najpopularniejszym swego czasu było rozwiązanie ciężkie ale tanie, czyli konserwy lub słoiki. Ten sposób na żywienie nie jest zły. Mamy mięso, chleb, jakieś owoce, warzywa, czasem słoik z pulpetami i jest dobrze. Problem polega na tym, że waga takiego prowiantu przygniata nawet najsilniejszych. Jeśli wybieramy się na biwak, podczas którego nie zamierzamy dużo chodzić, albo wręcz obozujemy w jednym miejscu, to taki system jedzenia jest spoko. Sam podczas wyjazdów samochodem czy zwykłych wakacji pod namiotem preferuję właśnie tego typu żywienie. Przy bardziej aktywnych działaniach trzeba sięgnąć po inne rozwiązania. Przyjemniejsze i zazwyczaj lżejsze, chociaż bywają od tego odstępstwa.

Jeśli więcej obozujemy niż wędrujemy to konserwy i słoiki nie są złym wyborem

Z konserw można przygotować solidny posiłek

Bushcraft style

Styl bushcraftowy to jedzenie w starym, dobrym stylu. Gotujemy szamę na ognisku i sycimy nasz organizm kaloriami z mięsa i fasoli. Czasem bardzo lubię uskuteczniać ten sposób żywienia. Zwłaszcza, gdy w planowanych miejscach obozowania mam piękny widok, dostęp do wody i opału. Wtedy czuję się jak bohater powieści Jacka Londona i z chęcią bawię się w gotowanie. Wariacji takich posiłków jest mnóstwo. Można wybrać klasycznie kiełbasę z ogniska – ale to nic specjalnego. Ja biorę kawał mięsa, bułkę, warzywa i tworzę leśnego burgera. Dwie czy trzy takie buły i człowiek jest najedzony i naładowany substancjami odżywczymi. Czasem zamiast burgera wpada karkówka. Taki sposób na żywienie jest bardzo przyjemny, ale ma swoje mankamenty. W obecnie panujących upałach jest dość niebezpieczny, surowe mięso szybko się psuje, a rozwolnienie w lesie to jedna z gorszych rzeczy, jakie mogą się przytrafić na biwaku. Do tego takie gotowanie wymaga więcej czasu i ekwipunku, jak np. ruszt, patelnia, taki czy inny garnek. Dlatego takie posiłki wybieram na biwakach bliżej auta, gdzie nie muszę iść wiele kilometrów. Zdarza mi się też okazjonalnie podczas trekkingu w chłodniejszych porach roku. Takie gotowanie na ognisku świetnie sprawdza się, gdy noc nastaje szybko i człowiek siedzi przy ognisku. Wtedy można dać się porwać kucharskiej fantazji.

Gdy czas ani warunki nie są ograniczeniem, można pobawić się w wypiek własnych bułeczek i chleba. W tym celu rozpalamy odpowiednie ognisko lub budujemy piec z kamieni, wyrabiamy ciasto i działamy. Masę można przygotować samemu wedle potrzeb – na słodko lub słono. Ostatnio odkryłem bardzo ciekawy produkt, jakim jest chleb preppersa. To gotowe ciasto zapakowane próżniowo. Okres przydatności do spożycia to aż 5 lat, co sprawia, że jest to też dobra rzecz jako uzupełnienie plecaka ucieczkowego. Do ciasta trzeba dodać odrobinę wody i wyrobić je. Następnie wrzucić do formy lub garnka i w piekarniku, na kuchence lub ognisku wypiec sobie chleb. Tak wygląda to w teorii. W rzeczywistości ciężko osiągnąć pożądany efekt stosując się do instrukcji z opakowania. W terenie mi się nie udało. W domu też najlepszy nie wyszedł. Produkt z kategorii ciekawostki.

Gdy potrzeba solidnej dawki energii leśny burger będzie w sam raz. Smacznie, zdrowo i pożywnie

Zalewajki

Podczas większości wyjazdów żywię się tak zwanymi zalewajkami. Są to dania, które same się przygotowują, wystarczy zalać je wodą. Przygotowanie takiego posiłku na biwaku zajmuje naprawdę mało czasu, zwłaszcza gdy dysponujemy kuchenką. Wybór żywienia tego typu może wydawać się prosty – liofilizaty lub zupka chińska. Sprawa jednak jest dużo bardziej złożona. Mamy zdecydowanie więcej opcji. Zostańmy na moment przy zupce chińskiej. Tanie, lekkie, popularne i często nawet smaczne danie jest dobre… jeśli chcemy się truć. W większości, o ile nie we wszystkich, takich produktach jest sporo chemii. To nie najlepiej dla organizmu. Do tego zawierają puste kalorie i nie mają właściwości odżywczych. Już lepiej zapolować na mrówki albo inne robale. Natomiast sam makaron typu noodle jest dobrą opcją jako podstawa do jakiegoś zdrowszego dania. Dodać można mięso, trochę tłuszczu, suszone warzywa i fajna zupa gotowa. Można zrobić szybki makaron: suszona wołowina, suszone warzywa i znów mamy całkiem konkretne danie. Opcji jest naprawdę wiele. Wystarczy trochę pokombinować. Oczywiście taki posiłek poza zalaniem wymaga od nas chwili gotowania, by podgrzać i namoczyć warzywa. Ale to już drobny szczegół.

Liofilizaty, czyli gotowa żywność zalewana, są bardzo godne uwagi. Niestety są przy tym dość drogie. Jedno danie kosztuje zazwyczaj między 20 a 40 PLN. Mamy wtedy prawdziwą ucztę, przy której nic nie robimy. Wystarczy zalać wodą. Nic nie smakuje tak dobrze, jak Strogonow, bigos czy schab w koperku w pięknych okolicznościach przyrody. Największą zaletą liofilizatów jest świetnie zbilansowany posiłek, o bardzo dobrym smaku, niskiej wadze i objętości. Paczka obiadowa waży około 100 g, a po zalaniu otrzymujemy 500 g posiłku. I to nie byle czego, a naprawdę smacznego dania jak w dobrej knajpie. Liofilizaty to posiłki najróżniejszego typu: zupy, dania mięsne, wegańskie, jaglanki, owsianki itp., które po przygotowaniu są w specjalnej maszynie odwadniane. Dzięki takiemu zabiegowi turysta ma do dyspozycji nie tylko lekkie i małe, ale w pełni wartościowe jedzenie, które wymaga jedynie zalania wrzątkiem. Szybko, pożywnie, lekko i zazwyczaj smacznie. Na rynku jest wielu producentów. Niektórzy dodają sporo chemii, ale są też tacy, którzy stawiają na jakościowe i zdrowe posiłki bez ich dodawania, np. Wildwilly lub Lyofood.

Jedzenie liofilizowane to chyba najwyższa forma kuchni podróżnej. Lekka, smaczna i niestety dość droga

W kwestii posiłków typu zalewajka, można wykazać się również inwencją twórczą i przygotować sobie pseudoliofilizaty. Dobrze w tym celu sprawdza się wspomniany już makaron lub kasza kuskus. W zasadzie nie ma ograniczeń poza wyobraźnią i kubkami smakowymi. Takie mieszanki można robić na miliony sposobów. Nie zapominajmy też o śniadaniu. Tu również można postawić na liofilizowane dania. Osobiście zazwyczaj na śniadanie jem płatki musli lub kaszkę mannę. Lekkie i fajne danie na początek dnia. Gdy potrzebuję większego kopa, dodaję czekoladę, orzechy itp. Czasem natomiast przygotowuję mieszankę energetyczną w postaci kuskusu ze snickersem: zalewam kuskus, na gorącą papkę wrzucam pokrojonego snickersa, dosypuję słonecznik i mieszam. Solidny kop energetyczny, a smak – kwestia sporna. Mnie smakuje, ale wielu próbowało i odpadli. Plus jest taki, że w lekkiej i łatwo przyswajalnej formie dostarczamy masę energii. Mnie takie śniadanie zapewnia energię do popołudnia.

Racje żywnościowe

Inną opcją żywienia w terenie jest tzw. racja żywnościowa – wojskowa, polowa, zwał jak zwał. W skrócie chodzi o to, że gdy żołnierza nie można nakarmić z kuchni polowej to trzeba mu zapewnić pakiet jedzenia na cały dzień. W takiej paczce jest wszystko, co potrzebne na 24 godziny bytowania w terenie. Nie tylko jedzenie, ale picie i środki higieny. Początki racji żywnościowych sięgają czasów wojen napoleońskich. Wtedy to Napoleon, by rozwiązać problemy zaopatrzenia i wykarmienia coraz to większej armii, zaoferował 12 000 franków wynalazcy skutecznej metody konserwacji żywności. Udało się. Problem polegał na tym, że słoiki były mało odporne na uszkodzenia w transporcie, ale ten problem z czasem zniknął gdy pojawiły się puszki. Taki początek miały nie tylko racje żywnościowe, ale i ogół jedzenia przygotowywanego z myślą o dłuższym terminie przydatności do spożycia. Dokładnie takie, jakie chętnie zabieramy na wszelkie przygody.

Racja żywnościowa typu wojskowego. Wszystko czego nam trzeba w jednym opakowaniu

W zestawie zazwyczaj do dyspozycji jest danie główne z jakimś podgrzewaczem – chemicznym lub kuchenka na paliwo stałe. Smak puszki często pozostawia wiele do życzenia, ale da się zjeść. Bardzo wygodne jest to, że nie trzeba nic przygotowywać. Wyjmujemy z paczki puszkę, wrzucamy do worka z podgrzewaczem chemicznym, zalewamy wodą (saszetka z wodą jest załączona w racji) i po kilkunastu minutach danie jest ciepłe. Warto pamiętać, by puszkę wkładać miękkim wieczkiem do ogrzewacza, by jedzenie lepiej się podgrzało. Poza głównym daniem w zestawie jest jeszcze drugie, konkretne jedzenie do podgrzania, konserwy, suchary, jakieś słodycze w postaci cukierków lub batonów, dżem itd. Wszystko, co jest potrzebne do bytowania określony czas w terenie. Racja jest niby jednoosobowa, ale ja często używam jej na dwie. W zupełności wystarczy. Trzeba jednak pamiętać, że jest wiele wariantów – większe i mniejsze opakowania. Ciekawostką jest to, że zestaw zawiera szczoteczkę do zębów z włosiem impregnowanym pastą.

Wewnątrz znajdziemy nie tylko jedzenie ale też przegryzki i substytuty kuchennych utensyliów

Dość spory wybór różnych dań i wariantów sprawia, że racje są ciekawą opcją na wypady. Mają jednak kilka wad. Pierwszą jest masa. Zestawy takie są dość ciężkie, gdyż często zawierają elementy zbędne w użytkowaniu turystycznym. Oczywiście można taką rację otworzyć i wybrać tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Niestety masa i tak wciąż będzie zdecydowanie większa niż w przypadku zalewajek. Do tego jest też kwestia smaku. Racje często zostawiają wiele do życzenia. Z doświadczenia najbardziej polecam zestawy armii francuskiej. Mają najsmaczniejsze i najwykwintniejsze dania. Kolejny problem to ilość produkowanych odpadów. Każdy element racji jest w osobnym opakowaniu: papierek w foli, woda w foli, cukierek w foli. Mało ekologiczne rozwiązanie.

Racja żywnościowa, niezależnie jakiej armii, ma sens w pewnych okolicznościach. Po pierwsze nie musimy zastanawiać się nad zabieranym prowiantem. Pakujemy w plecak całą paczkę i mamy tam wszystko: jedzenie, picie, przekąski itd. Mega wygodne, gdy wypad jest spontaniczny. Ruszamy w teren nie myśląc o tym, by zabierać kuchenkę, garnek itd. Wszystko niezbędne jest w paczce. Bardzo przydatna opcja. Mniejszy wariant racji jest dobrym pomysłem, gdy nie planujemy biwaku lub dłuższego bytowania, ale chcemy mieć coś w zapasie w razie W. Największy potencjał w tym sposobie żywienia widzę w przypadku wszelkich zestawów przetrwania, plecaków ucieczkowych itd. Sam w plecaku ucieczkowym mam taką rację spakowaną, by w przypadku realnego zagrożenia nie tracić czasu na szukanie jedzenia. Od razu mam wszystko gotowe. Może nie najsmaczniejsze, ale by przetrwać wystarczy.

Jedno opakowanie trzymam zawsze w plecaku ucieczkowym. Gotowy zestaw to większa masa ale mniej zmartwień

Dostępne są też mniejsze zestawy

Zawartość małej racji. Mniejsze nie znaczy ubogie

Doświadczalnie

Na temat żywienia można by jeszcze wiele napisać. Można nastawić się na jedzenie znalezione w terenie – dzikie rośliny itd. To jednak wymaga sporo wiedzy i czasu. Mocno też zależy od pory roku. Można przygotować pemikan lub jeść w schroniskach. To też ma plusy – nie nosimy jedzenia, a to jest zawsze jest najcięższe. Prawda jest taka, że każdy z czasem wypracuje swoje sposoby żywienia. Co mu gra, a co nie, co lepiej sprawdza się na takim wypadzie, a co na innym. Grunt, to dobrze się bawić.

 

Autor prowadzi bloga BUSHCRAFT – człowiek z buszu.

Sprawdź podobne tematy, które mogą Cię zainteresować

Ze skrzynki „szpeju” – maczeta Gator Bolo od Gerbera

Niedawno pisaliśmy o zaletach i wadach siekier, maczet oraz pił. Dziś skupiamy się na jednym przedmiocie – bohaterce tytułowej, maczecie Bolo od Gerbera. Zmierzymy, zważymy,…

W terenie, w ogródku, na działce

Zdolność improwizacji powoduje, że czasem znajdujemy sprzęt survivalowy w domu czy na działce. Stary koc, nóż kuchenny, sznurek do prania… Jednak nie zawsze trzeba improwizować. Istnieją…

Komentarze

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.

Dodaj komentarz

X