Wodowanie „Wichra” powinno być jednym z tych momentów, w których na chwilę można odłożyć partyjne wojenki. Nie dlatego, że nagle mamy zapomnieć o wszystkich sporach dotyczących Marynarki Wojennej, czy też marginalizowaniu jej potrzeb przez kolejne ekipy. Po prostu po raz pierwszy od bardzo dawna można zobaczyć coś, co w polskiej polityce obronnej zdarza się rzadko. Program rozpoczęty przez jedną ekipę, kontynuowany przez kolejne i doprowadzony do etapu, na którym zbudowany w Polsce okręt rzeczywiście trafia na wodę.

Przyszły ORP Wicher po raz pierwszy na wodzie, kilka minut po wodowaniu na Zatoce Gdańskiej / Zdjęcia: Jakub Link-Lenczowski, MILMAG
Historia „Miecznika” jest zresztą wyjątkowo niewygodna dla tych, którzy chcieliby przypisać go jednej partii. Program sięga 2012, kiedy w planach modernizacji Marynarki Wojennej znalazły się trzy okręty obrony wybrzeża „Miecznik”. W dokumentach MON z tamtego okresu zakładano zakończenie fazy analitycznej w 2013 i rozpoczęcie budowy pierwszej jednostki w ciągu kolejnych dwóch lat. (Arrowhead 140 – od brytyjskich fregat typu 31 do ORP Wicher)
Historia programu jest daleka od ideału. Marynarka przez lata była traktowana jak ubogi krewny modernizacji technicznej. Były opóźnienia, zmiany koncepcji i okresy, w których „Miecznik” wyglądał raczej jak kolejna pozycja na liście programów, które kiedyś być może zostaną zrealizowane. W latach rządów Antoniego Macierewicza program nie poszedł do przodu w sposób, który pozwoliłby szybko rozpocząć budowę. Później jednak został ponownie uruchomiony, a kolejne ekipy doprowadziły go do podpisania kontraktu i budowy okrętów. I dlatego jego największą zaletą jest nie to, że można sobie przy nim zrobić zdjęcie, tylko to, że kolejne ekipy go nie skasowały.
Wieloletni program
Właśnie dlatego próba wystawienia rachunku za „zasługi” jest tak absurdalna. Przy „Mieczniku” nie ma jednego polityka, który może uczciwie powiedzieć, że to ja zbudowałem te fregaty. Można natomiast wskazać całe szeregi ludzi, którzy podejmowali decyzje na różnych etapach. Jedni program uruchamiali, inni go zatrzymali albo pozwolili mu ugrzęznąć, kolejni zmienili jego założenia, następni podpisali kontrakt, a jeszcze następni doprowadzili do budowy. A niewątpliwie najmniej się mówi o wsparciu ekspertów Marynarki Wojennej, którzy cały czas czuwali w Agencji Uzbrojenia nad tym, aby okręty projektu 106 spełniały bardziej wymagania marynarzy, a nie polityków.
/ Film: Jakub Link-Lenczowski, MILMAG
To jest właśnie normalny cykl dużego programu obronnego. Okręt wojenny nie jest przecież kolejną ustawą, którą można przepchnąć ad hoc przez Sejm przed końcem kadencji. Od decyzji do wejścia jednostki do służby mijają lata. Zawsze więcej niż jedna kadencja. I może właśnie dlatego warto wreszcie przyjąć do wiadomości, że państwo powinno umieć kontynuować dobre projekty poprzedników. O czym często politycy zapominają. (ORP Wicher gotowy do wodowania – pierwsza fregata programu Miecznik opuściła halę)
Ponad podziałami
Co ciekawe, podczas uroczystości w Gdyni Donald Tusk i Karol Nawrocki pokazali, że można to zrozumieć. Obaj znaleźli się przy jednym okręcie i obaj mówili o znaczeniu projektu, zamiast urządzać tam partyjną sekcję zwłok. Nawrocki nazwał „Miecznika” kamieniem milowym modernizacji floty, a Tusk podkreślał znaczenie ciągłości. I bardzo dobrze. Nie dlatego, że nagle skończyły się wszystkie spory między Pałacem Prezydenckim a rządem. Nie skończyły się i pewnie długo się nie skończą. Można być politycznym przeciwnikiem, a jednocześnie uznać, że jeżeli poprzednia ekipa rozpoczęła coś potrzebnego, to następna nie musi tego podpalać tylko po to, żeby postawić obok własną tabliczkę.

Uroczystość chrztu Wichra / Zdjęcie: Przemysław Gurgurewicz, MILMAG
To powinno być oczywiste, ale najwyraźniej nie jest. W polskiej polityce nadal istnieje osobliwa potrzeba udowadniania, że nawet jeżeli państwo coś zrobiło dobrze, to przede wszystkim trzeba ustalić, czy większą zasługę ma minister z naszej partii, czy minister z tamtej. Okręt może mieć 138 metrów długości, wyporność do 7 tys. ton i być wyposażony w systemy pozwalające zwalczać cele powietrzne, nawodne, podwodne i lądowe, ale najważniejszym pytaniem dla części komentatorów pozostaje to, kto ma prawo powiedzieć „mój”. ( Chrzest Wichra – pierwszej fregaty projektu 106 Miecznik )
Sukces ma wielu ojców
To jest zresztą dosyć komiczne, bo gdyby zastosować tę logikę konsekwentnie, trzeba byłoby na kadłubie „Wichra” umieścić coś w rodzaju drzewa genealogicznego. Na samej górze rok 2012 i ludzie, którzy uruchamiali program. Potem kolejni ministrowie, którzy go zmieniali, przesuwali i próbowali ratować. Następnie ci, którzy w 2021 doprowadzili do podpisania kontraktu. Potem ci, którzy rozpoczęli budowę w 2024. A na końcu obecni politycy, którzy przyszli zrobić sobie zdjęcie przy wodowanym okręcie. Można by jeszcze dodać małą tabliczkę z napisem „Wspólny wysiłek wielu rządów, prosimy nie przypisywać sobie całości”.
Najbardziej zabawne jest jednak to, co wydarzyło się przy okazji. Polska nagle odkryła Marynarkę Wojenną. Warszawa odkryła Gdynię. Politycy, działacze i dziennikarze, którzy przez lata potrafili przejść obojętnie obok problemów floty, nagle zaczęli z powagą mówić o bezpieczeństwie Bałtyku. Ludzie, którzy jeszcze niedawno nie wiedzieli co to za „szare statki wojskowe” nagle w mediach społecznościowych pojawili się jako eksperci od radarów, sonarów, obrony przeciwlotniczej i walki na Bałtyku. Jeszcze kilka takich uroczystości i okaże się, że pół Warszawy spędziło dzieciństwo na pokładzie „Błyskawicy”.
Oczywiście samo zainteresowanie flotą jest czymś dobrym. Naprawdę. Polska przez lata miała problem nie tylko z finansowaniem Marynarki Wojennej, ale również z zainteresowaniem polityków jej realnymi potrzebami. Jeżeli więc „Wicher” sprawi, że więcej osób zacznie rozumieć, po co Polsce fregaty, okręty podwodne, niszczyciele min i nowoczesne systemy rozpoznania, tym lepiej. Gorzej, jeżeli zainteresowanie kończy się na tym, że ktoś przyjeżdża do Gdyni, staje przed kadłubem, robi zdjęcie i następnego dnia wraca do Warszawy, gdzie ponownie odkrywa, że Bałtyk jest jednak kawałek od Wiejskiej.
