Przejdź do serwisu tematycznego

Ekwipunek sine qua non, czyli ETC – every trip carry

Dość często słyszę pytanie: jaki sprzęt jest niezbędny w survivalu? Co trzeba sobie kupić, żeby zacząć survivalową przygodę? Albo: jaki szpej zabierać ze sobą na wycieczki? Dziś podaję mój przepis na idealny ekwipunek podczas wyprawy. Nie twierdzę, że to jedyny słuszny przepis.

O czym mówimy

Zestaw sprzętu który tu opiszę, można potraktować na kilka sposobów. Ja widzę dla niego trzy zastosowania: OMC („o mało co”) bushcraft, zupełnie podstawowy ekwipunek przetrwania (nie licząc pakietów) oraz coś, co warto mieć ze sobą na każdym wypadzie za miasto, na wycieczkę w góry, gdziekolwiek. Jest to też zestaw szpeju, który przy używaniu mózgu zamiast gotowych rozwiązań pozwoli rozpocząć survivalową przygodę. Pominę tu odzież, gdyż jest to kwestia zasługująca na zupełnie osobny artykuł. Po prostu ubierzcie się wygodnie i miejcie coś na zmianę. Ja sam mogę powiedzieć, że rzadko zdarza mi się wycieczka lub wypad, na którym nie mam przy sobie poniższego zestawu.
Oczywiście, że każdy ma pełne prawo dodać coś od siebie do listy ETC. O to chodzi, Drodzy Czytelnicy, żebyście „pokłócili się ze mną”, mówiąc, że o czymś zapomniałem, o czymś nie napisałem. Konstruktywna krytyka to przecież bardzo ważny element. Zapraszam do zastanowienia się nad tą kwestią.


„Brać, wybierać, decydować…” Każdemu wedle uznania, co lepiej do ręki pasuje

Od autora

Piszę jednak ten materiał przede wszystkim z myślą o tym, żeby ułatwić życie każdemu, kto chce zacząć swoją survivalową przygodę. Przeżywamy taki zalew rynku całym mnóstwem „najpotrzebniejszych”, „najważniejszych” oraz „niezbędnych” rzeczy, że naprawdę łatwo się w tym pogubić. Nie twierdzę, że to wszystko jest szmelc, na który nie warto zwracać uwagi. Przeciwnie. Wiele rozwiązań i propozycji jest naprawdę dobrych i przydatnych. Polecam po prostu swoisty „powrót do korzeni” i rozpoczęcie od samych podstaw. Potem możemy zacząć się zastanawiać, czy i jak chcemy ułatwić sobie życie albo polepszyć zabawę. Lub w drugą stronę. Jeżeli przywykliśmy do noszenia ze sobą tony szpeju (nie mam na myśli tego, co służy bezpieczeństwu i zdrowiu, czyli np. śpiwora), może warto spróbować „wejść na wyższy poziom wtajemniczenia” i ograniczyć zawartość plecaka? Może tak naprawdę ten „osprzętowany” survival zaczyna się już nudzić i pora iść w stronę bushcraftu?

Nieodzowny kompan


Od lewej: Mora Eldris, Opinel No.9, Mora Basic, Gerber Strongarm, Muela Jabali. Każdy z tych noży sprawdza się w terenie, choć każdy ma swój „charakter” i przy niektórych czynnościach „kaprysi”

Nikogo nie zaskoczę, mówiąc że mam na myśli nóż. Jaki? O tym już pisałem w innym materiale (Ciąć, kroić, strugać cz. 1: Nożowe abecadło), więc teraz podejdę nieco inaczej. Generalnie, najbardziej uniwersalne są noże średniej wielkości. Jeszcze da się nimi wykonać jakąś precyzyjną czynność i już da się zrobić coś „grubszego”. Ale najlepszy jest ten nóż, który najpewniej „leży w ręku”, dosłownie i w przenośni. Jeżeli wolisz malutkiego „necka”, nie ma sprawy. Jeśli czujesz się pewnie mając przy pasie dwadzieścia centymetrów stali z rękojeścią full tang, nie ma w tym nic złego. Nie ma takich noży, które są całkowicie uniwersalne, więc zawsze trzeba pogodzić się z pewnymi niedogodnościami. Ostrzegam tylko przed poleganiem na nożach nieprzeznaczonych do survivalu (też już o tym pisałem), a oprócz tego – to całkowicie Wasz wybór.
Noża potrzebujemy w dziesiątkach sytuacji. Struganie patyków, batonowanie drewna, cięcie sznurka, skrobanie czegoś i przygotowanie żywności – to najczęstsze zastosowania. Przydaje się przy rozpalaniu ognia, przy budowaniu szałasu, przygotowywaniu jakichkolwiek improwizowanych narzędzi i sprzętów. Mając nóż jesteśmy w stanie wykonać niemal każde inne narzędzie, jakiego możemy potrzebować. Od włóczni po przyrząd do kopania albo wygodną matę do spania. Po prostu bez noża jak bez ręki i tyle. Wie o tym każdy, kto bywa w lesie w celach „bardziej zaawansowanych” niż zwykły spacer.


Muela Jabali czy Mora Eldris? Mniejszy czy większy? Odpowiedź jest oczywista: ten, z którym Ci wygodniej

Uzupełnienie


Od góry: sznurek jutowy, paracord, sznurek sizalowy i polipropylenowy. Trzy z nich są „survivalowo przyjazne”. Jeden nie

Zapewne nikt nie będzie bardzo zaskoczony następnym przedmiotem. Chodzi mi o sznurek. Tak, zwykły, najzwyczajniejszy sznurek. Łatwiej sklecić szałas. Łatwiej wykonać niektóre narzędzia. Łatwiej zorganizować obozowisko. Łatwiej coś zawiesić nad ogniem. Jest konieczną częścią składową niektórych obozowych sprzętów, jakie sami sobie zrobimy. A rozpleciony może posłużyć do zacerowania spodni. Jak? Skuteczną igłę można wykonać z twardego drewna. Samym nożem. Jaki sznurek wybrać, zapytacie? Otóż, tu też jest parę kwestii do rozważenia. Odradzam serdecznie wszelkie sznurki sztuczne. Najczęściej są one polipropylenowe. Jeśli nie „rozłażą się” (szczególnie końcówki) na dziesiątki włókienek, to często się plączą jak szalone. Owszem, bywają bardzo mocne. Kłopot jednak w tym, że są mało wygodne w użytkowaniu. Dodatkowo straszliwie zaśmiecają las. Często upadają na ziemię malutkie kawałeczki i trudno je potem wyzbierać. Zostają po nas w ściółce leśnej, Natura cierpi, leśnicy się denerwują… Po co nam to? Lepiej wybrać sznurek naturalny: jutowy, konopny, sizalowy. Są prostsze w obsłudze, bo mniej się plączą przy odwijaniu z kłębka. Małe odcinki łatwo dają się łączyć węzłem płaskim. Możemy spleść z nich grubszą linkę, która będzie bardziej trwała. Bez problemu rozpleciemy je na cienkie włókna, jeśli potrzebujemy dratwy do zacerowania spodni. Krótkie kawałki nie rozplątują się same, więc daje się go użyć czasem nawet kilka razy. Wreszcie są ekonomiczne oraz ekologiczne. Jeżeli upuścimy jakieś ścinki (których powstaje o wiele mniej niż ze sztucznych sznurków), po prostu rozłożą się w ściółce leśnej albo posłużą ptakom do budowania gniazd.
Szczególnym przypadkiem sznurka sztucznego jest paracord. Linka spadochronowa ma wielkie plusy. Jest bardzo mocna i doskonale nadaje się do wszelkiego rodzaju konstrukcji. Nie strzępi się, nie sypie drobinami. Węzły trzymają silnie i pewnie. Świetna rzecz. Kłopotem jest cena paracordu, która sprawia, że mało kto decyduje się, żeby go ciąć. W dodatku po przecięciu należałoby przyżegać każdą końcówkę, co nie zawsze jest wygodne. Nieraz, kiedy rzucałem w obozowisku nawet dużą 30-metrową szpulę tej linki, pomimo obfitości ktoś mnie pytał, czy może odciąć kawałek. Jakimś rozwiązaniem jest nosić ze sobą po prostu gotowe odcinki do konkretnych przeznaczeń. Wtedy będziemy pewni, że nasze konstrukcje są bardzo mocne i to duży plus.
Podsumowując akapity dotyczące sznurka: polecam te z naturalnych włókien oraz paracord. Albo trochę tego, trochę tamtego. Byle nie polipropylen, ładnie proszę.


Duet siłaczy. Z takim osprzętem można budować duże, mocne konstrukcje. Nawet platformę pomiędzy drzewami

Skoro to survival…

…to nie może się obejść bez ogniska, prawda? A skoro piszę ten tekst z myślą o początkujących, to jakieś źródła ognia ująć trzeba. Do rozpalania ogniska przy pomocy sznurówki jeszcze dojdziemy. Samemu nie wiedziałem jeszcze niedawno, jak trudną i dla wielu niezrozumiałą sztuką jest rozpalenie ognia. Ale to materiał z innego artykułu (Żar i płomień: jak rozpalać, utrzymywać i używać ognia). Na razie skupmy się na tym, żeby w ogóle go rozpalić. Użyjemy do tego – jako początkujący – zapałek lub krzesiwa. Jedno i drugie jest dostępne w mnóstwie odsłon, modeli i typów. Jeżeli ars ignem nie jest Twoją szczególną pasją, skup się na tym, żeby skutecznie rozniecić ogień zapałkami. Najlepiej jedną. Możemy używać takich zwykłych, normalnych, ze sklepu na rogu i nie ma w tym niczego złego. Są też dostępne zapałki fosforowe (czasem nazywane kowbojskimi), które można odpalać przez pocieranie o twarde, chropowate powierzchnie, np. kamień. Ich wadą jest łamliwość. Aby się zapaliły, trzeba naprawdę dobrze je docisnąć i często ten nacisk jest zbyt silny dla drewienka. Zalecam uwadze wszystkich zapałki sztormowe, które może i są dość drogie, ale palą się bardzo długo. W dodatku właściwie żaden wiatr nie jest w stanie ich zgasić. W ramach testów poprosiłem kiedyś trzy osoby, żeby równo ze mną dmuchały w taką zapałkę. Nie zgasła. Jedna taka dobrze ulokowana „sztormówka” w odpowiednio przygotowanej rozpałce to właściwie gwarancja rozniecenia ogniska. Trudno się też nimi poparzyć z powodu charakterystycznego sposobu przemieszczania się ognia.


Przybory do rozpalania ognia. Zwracają uwagę przedłużone główki zapałek sztormowych

Jeżeli wolicie krzesiwo, jedyne co mogę Wam doradzić, to sprawienie sobie kilku różnych i próby. Niektóre dają jedną, dużą i dość długo palącą się iskrę. Inne dają nawet snop iskier, które wypalają się szybciej. Może to wada, ale padają w więcej miejsc na rozpałce i każda iskra z osobna ma szansę rozniecić ogień. Jedni wolą ilość, inni precyzję i oba podejścia są słuszne. Zaletą współczesnych krzesiw jest całkowita odporność na wilgoć. Zapałki trzeba jakoś zabezpieczyć, krzesiwa nie. Działa nawet wyjęte prosto z wody. W dodatku, zapałek w pudełku raczej nie znajdziecie więcej niż sześćdziesięciu. Krzesiwo wystarcza na rozpalenie kilku tysięcy ognisk. Ma wady? Tak. Daje iskrę zamiast płomyka, więc trzeba lepiej oraz dokładniej przygotować rozpałkę. Dlatego uważam, że zapałki to poziom pierwszy, a krzesiwem zaczynamy się bawić na poziomie drugim. Potem dopiero przychodzi czas na sznurowadło.


Wilgotny mech w deszczowy dzień? Walory krzesiwa nie ucierpią z tego powodu

Dla bezpieczeństwa


Dobre buty terenowe mają być odporne na wilgoć, zamoczenie. Powinny bez problemu wytrzymywać chodzenie po wysokiej, mokrej trawie, jak te na zdjęciu. Warto pamiętać o impregnacji

Głupio byłoby wybrać się na wycieczkę i wracać z niej w połowie dnia, bo uległo się wypadkowi, prawda? Miałem nie pisać o odzieży, ale ten jeden element muszę przywołać. Są to buty. Solidne, mocne buty na terenowej podeszwie. Tu znów mamy tak olbrzymi wybór, że bez wskazówek od kogoś, kto robił testy, możemy przez pół życia wydawać po worku pieniędzy na każdą kolejną parę i nie znaleźć tych dobrych dla nas. Zalecam bardzo uważne czytanie opisów danych modeli. Z butami jest trochę jak z nożem. Trzeba wiedzieć, do czego są nam potrzebne. W innych idziemy na spacerek z rodziną polną drogą, a w innych w wysokie partie gór, prawda? Możemy być pewni, że te górskie nie zawiodą nas na polnej drodze – aby tylko były wystarczająco wygodne na spacer. No właśnie, to jest największy kłopot. Zrównoważenie zabezpieczenia stopy i stawu skokowego z wygodą. Na szczęście buty terenowe stają się coraz lżejsze, a dzięki temu coraz bardziej uniwersalne. „Trep plenerowy” nie może się ślizgać na byle powierzchni. Podeszwa powinna być bardzo mocna, a staw skokowy pewnie ujęty bądź dobrze podparty. Proszę, nie chodźcie do lasu w przysłowiowych klapeczkach. Początkującym będę też odradzał sandały, nawet te turystyczne. Zbyt słabo chronią wierzch stopy. Trampki, tenisówki oraz adidasy biegowe ślizgają się po wszystkim. Wilgotna ściółka, omszały kamień, wyślizgany korzeń na szlaku lub odrobina błota i „niekontrolowana przejażdżka” z finałem na drzewie gotowa. Buty terenowe mają mieć głębokie protektory i obejmować pewnie stopę. Mają dawać zabezpieczenie i poczucie stabilności. To, co sprawdza się na chodnikach miast, nie sprawdzi się w terenie.


A pod butem… solidna, głęboko fakturowana, sprężysta podeszwa

Ponownie dla bezpieczeństwa


Dwie apteczki. Pełny zestaw turystyczny oraz mały zestaw „spacerowy”. Warto wiedzieć, gdzie co jest

Apteczka. Drodzy Czytelnicy: nie, nie kpię z Was. Szczególnie, jeśli jesteście początkujący w przygodach w lesie. Apteczka, choćby mała, powinna zostać Waszą przyjaciółką, którą zabieracie ze sobą wszędzie. Nie twierdzę, że macie od razu biec na kurs pierwszej pomocy i kupować sobie wielkie, pomarańczowe pudło, jakiego używają ratownicy medyczni. Ale mała, podręczna apteczka – chociaż nie chcemy, żeby się przydała – może być niesamowicie pomocna. Niech to będzie nawet kilka rzeczy zawiniętych w płótno i wrzuconych do kieszeni, ale niech będzie. Najczęstsze urazy, jakie obserwuję u początkujących, to skaleczenia nożem, otarcia o chropowatości kory drzewnej, drobiny wpadające do oczu i stłuczenia po gwałtownym kontakcie z glebą i drewnem albo ukąszenia komarów i poparzenia pokrzywą. Ja wiem, że wszyscy jesteśmy zaszczepieni przeciwko tężcowi, ale to nie jest jedyna forma zakażenia, jakiego możemy się nabawić w terenie. A nowoczesne preparaty odkażające radzą sobie w ogromnej większości przypadków. Stosuję zasadę, że każde, nawet nieznaczne otarcie, należy obmyć i odkazić. Opatrunek służy nie tylko zatamowaniu krwawienia, ale też zabezpieczeniu rany przed zabrudzeniami. Dlatego nie należy się wstydzić nosić plastra. Zamiast zgrywać twardziela – że przecież nic Ci nie jest – lepiej odegraj tego rozsądnego. Doszło do uszkodzenia skóry? Należy je odkazić, wyczyścić i przyklepnąć plasterkiem. Minimum, jakie zawsze ze sobą zabieram, to środek odkażający, jeden bandaż elastyczny, bandażyki opatrunkowe, plaster z opatrunkiem do przycinania, kompresy z gazy, plaster bez opatrunku oraz sól fizjologiczna do płukania oczu. Maść na stłuczenia i żel na ukąszenia. Latem jeszcze jakaś forma wapna jako środek odczulający. Przydają się też chusteczki higieniczne i nożyczki. Zachęcam do zapoznania się ze składem apteczki samochodowej lub turystycznej (norma DIN 13164) i sprawienia sobie takiej. Nie zajmuje dużo miejsca, waży właściwie tyle, co nic, a może uratować – jeśli nie życie czy kończynę, to przynajmniej wycieczkę i naszą chęć wyruszenia na następną.


Pełna apteczka z zawartością. Pojemnik dający możliwość uporządkowania zawartości. Wiedząc, co gdzie się ma, łatwiej zachować spokój, kiedy ktoś chlapie krwią


Mały, podręczny zestaw na najczęstsze urazy, jakie trafiają się podczas wypadów w teren. Tak, apteczki na zdjęciach są nieco zdekompletowane po sezonie. Uzupełniać ich zawartość należy na wiosnę

Chronimy najważniejsze narzędzie


Rękawiczki terenowe. Nie ważne, czym pracujesz oraz jak kosmicznie wspaniałą rękojeść ma Twój nóż. Zawsze się przydają

Skoro mówimy o wielu drobnych urazach, jakie mogą nam się przytrafić, dodam do listy jeszcze jeden element: rękawiczki. Nawet instrukcje służb ratowniczych mówią o tym, że wszelkie czynności należy wykonywać w rękawicach. Dłonie to tak naprawdę nasze podstawowe narzędzie, więc należy je ochraniać. Oczywiście nie mówię tu o rękawiczkach wełnianych. Są zbyt cienkie i nie dają pewnego chwytu narzędzia. Albo rękojeść noża będzie się ślizgać, albo wnętrze rękawiczki będzie się zwijać. A jeśli ktoś wskaże na gumowane rękawiczki robocze, odpowiem, że tak, ochronią częściowo dłoń, ale nie sprawdzają się w pobliżu ognia. W dodatku na zimnie wychładzają ręce. Odradzam też wszelkie skórkowe rękawiczki galanteryjne. Owszem, dobrze wyglądają, ale zapewne nie wytrzymają eksploatacji w warunkach survivalowych. Wystarczające mogą się okazać skórzane rękawiczki bez palców, byle były tylko dość grube. Na pewno dają dobrą osłonę dłoni. Problem w tym, że dość szybko twardnieją i też raczej nie uchwycimy nimi niczego gorącego. Są dobre, ale nie uniwersalne. Zwrócę natomiast Waszą uwagę, Drodzy Czytelnicy, na wszystko, co jest określane mianem rękawic taktycznych. Są to najczęściej produkty z kilku różnych materiałów, np. połączenie skóry, nylonu i kevlaru. Miewają gumowe protektory osłaniające palce. Miękkie wnętrze plus ochronny wierzch to obecnie standard takich rękawic. Można w nich pewnie uchwycić narzędzie, sięgnąć po menażkę stojącą w żarze, a i nie traci się zupełnie czucia. Bywa, że da się w takich rękawiczkach dość wygodnie zaplatać węzły na sznurku, a to już poważne ułatwienie życia. Szczególnie w zimnych porach roku.


Wnętrze rękawic terenowych powinno być dość odporne, żeby zabezpieczyć dłoń, ale jednocześnie dość miękkie, żeby nie odebrać zupełnie czucia

Humoreska?


Pakiet pierwszej pomocy? Nie, profilaktyczny. Lepiej zapobiegać niż leczyć

Na koniec zostawiłem coś, co można początkowo uznać za żart. Środek odstraszający owady. Ponownie: nie, nie kpię z Was, Drodzy Czytelnicy. Oczywiście, jesienią czy zimą nie jest nam do niczego potrzebny, chyba że akurat jedziemy na południową półkulę Ziemi. Ale wiosną i latem chronienie się przed ukąszeniami to całkiem ważkie zagadnienie. Zresztą, nie tylko o ukąszenia chodzi. Przecież to całe robactwo wokół nas (mam na myśli głównie muchy i komary) może człowieka do szału doprowadzić, prawda? Bzyczy, bzyczy, pcha się do jedzenia i wnerwia. Jasne, mocny napar z piołunu jest bardzo efektywny, ale komu się chce go pichcić? Poza tym piołun nie wszędzie rośnie. A po dziesiątym, dwudziestym, trzydziestym ugryzieniu przez komara, kto będzie miał ochotę pojechać na kolejny biwak? Może to być też kwestia zdrowia. Środki odstraszające owady do pewnego stopnia zniechęcają też pajęczaki, zatem dają jakąś ochronę przed kleszczami. Częściowo ochronią nas też przed osami zlatującymi się do naszej żywności. Uczulenie na jad błonkówek wcale nie jest takie rzadkie, więc użądlenie może się skończyć tragicznie. A jak nas utnie „wściekła-osa-na-sterydach”, czyli szerszeń, sprawa jest poważna, nawet jeśli uczulenia się nie ma. Dlatego, pomimo całego mojego nastawienia na naturalność i ekologiczność, zalecam dołączenie takiego „sprayu na robaki” do naszego ekwipunku. Oczywiście wybór jest ogromny, ale należy zwrócić uwagę na jeden aspekt: te, które zawierają N,N-dietylo-m-toluamid czyli DEET, są najskuteczniejsze. I nie, DEET nie jest „super trucizną” na wszystko, co żyje. W stężeniach, w jakich go używamy w repelentach, odstrasza owady, a nie zabija ich. Podpowiem jeszcze, że stężenie powyżej 50% w repelencie nie zwiększa już skuteczności ochrony.


Zespół „zabezpieczający”. Rękawice chronią dłonie, apteczka na wszelki wypadek

Epilog

Nóż i sznurek jako podstawowe narzędzia. Rękawiczki i apteczka jako zabezpieczenie. A do tego repelent, żeby nas komary nie przepędziły z lasu. Tylko tyle jest potrzebne – według mnie – żeby zaczynać survivalową przygodę. Można to upchnąć w kieszeniach spodni. A potem czas na decyzję: czy poprzestajemy na tym? Może idziemy w stronę bushcraftu, więc sznurek to już sobie sami zrobimy? A może dołożymy plecak z kilkoma dodatkowymi szpejami i będziemy jednak bardziej biwakować? To już Wasza decyzja. Czy coś pominąłem w tym materiale? Jakiś absolutnie niezbędny element, bez którego nie da się przeżyć? Zastanówcie się nad tym sami. No i oczywiście, jeśli dojdziecie do wniosku, że pominąłem smartfona, zastanówcie się raz jeszcze.


Zespół „zadaniowy”. Nóż i sznurek są dla nas podstawowymi, najważniejszymi narzędziami

Napisy końcowe

Sponsorzy:
specshop.pl – krzesiwo Light My Fire, zapałki, nóż Mora Eldris, paracord.
cragsport.pl – nóż Gerber Strongarm, rękawice Black Diamond Crag.
strider-adventure.pl – apteczka turystyczna, nerka turystyczna.
Dziękuję. Bez Was znacznie dłużej zbierałbym ten cały „szpejownik”, który teraz pozwala mi pisać ciekawe – mam nadzieję – teksty.
Większość zdjęć wykonano w gospodarstwie agroturystycznym Szkoła Wrażliwości w miejscowości Kapkazy – Góry Świętokrzyskie.


Pakiet podstawowy według wyboru autora. Nóż – Muela Jabali. Sznurek – jutowy. Rękawiczki – Black Diamond Crag. Krzesiwo – Light My Fire. Apteczka – Strider. Buty – Haix Nature. Repelent – polecony mi w aptece przez farmaceutę jako często wybierany przez leśników. Dobra rekomendacja

Post Scriptum

Oczywiście nie twierdzę, że smartfon jest zły, niedobry, be i fuj. Jeśli chcesz go ze sobą wziąć do lasu, jak najbardziej. W końcu to Twój ekwipunek. Polecam jednak pomyśleć, do czego będzie użyty. Jasne, że może się przydać do wezwania pomocy. Jasne, że jest podręcznym i poręcznym aparatem fotograficznym. Sam z tych dwóch powodów noszę ze sobą takie urządzenie. Proszę tylko, żebyś się zastanowił / zastanowiła, do czego jest Ci potrzebny, zanim zabierzesz go ze sobą. Bo jeśli ma się skończyć na „skrolowaniu Fejsa i Insta” w obozie, to moim zdaniem nie taki jest cel wyjścia z domu.

Komentarze

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.

Dodaj komentarz

X