Przejdź do serwisu tematycznego

D.P.O. odcinek I: Aby herbatka pozostała gorąca

Czyli Dostałem, Poużywałem, Opisuję.
Nigdy nie miałem przekonania do termosów. „Po co mi to?” – pytałem samego siebie. Przecież mogę rozpalić ognisko. No tak, a jeśli jest zimno jak diabli, ręce się trzęsą i niczego się nie chce robić? Kubek gorącej herbaty przywraca chęć do życia.

Przedwstęp D.P.O.

Niniejszym artykułem otwieram nową serię D.P.O., czyli: Dostałem, Poużywałem, Opisuję. Nie jest nikomu tajne, że ludzie, którzy się włóczą po wertepach i jeszcze mają chęć pisać o tym, czasem dostają od kogoś jakiś „szpej” z prośbą o opisanie swoich wrażeń z jego użytkowania. To zwykła praktyka. My włóczymy się i piszemy, zatem bywa, że coś dostajemy. W niniejszej serii zamierzamy publikować takie opisy. Ktoś powie: „sprzedali się za parę gadżetów”. A ja odpowiem: dzięki temu możemy opisać dla Was więcej produktów i ułatwić dokonanie wyboru w gęstwinie różnych ofert.


Termos Mizu D10 w zimowej wersji „ekwipunku ETC”

Wstęp

Na pierwszy ogień (choć może powinienem powiedzieć „wodę”) wcale nie biorę noża. Zaczynam – z zimowym nastawieniem – od termosu. Chociaż i tak nosimy ze sobą napoje lub wodę do zagotowania, w zimie naprawdę dobrze jest mieć pod ręką coś ciepłego do picia. Dlaczego? W jednym z materiałów o ogniu pisaliśmy trochę o hipotermii (Zabójczy zbawca). Przypominam, a przecież każdy miał z pewnością okazję to samodzielnie poczuć, że w chłodzie spada nasza motywacja do robienia czegokolwiek. Najchętniej zwinęlibyśmy w kuleczkę i przycupnęli pod skarpą. A to nie tylko psuje wrażenia z wycieczki. Może być nawet zabójcze. Rozwiązaniem problemu może być kilka łyków gorącej herbaty. Stosują tę „sekretną technikę” nawet ratownicy górscy. Dobry termos daje nie tylko frajdę picia ciepłego napoju wśród śniegów. Może wręcz stanowić zabezpieczenie, swoisty środek profilaktyczny przeciwko negatywnym skutkom chłodu. Ja dostałem i polubiłem termos Mizu D10. Dziś go opisuję.


Pobudzająca i rozgrzewająca przekąska w terenie. Tamtego chłodnego, jesiennego dnia była bardzo potrzebna

Rzut oka

„Taka niewielka, podręczna cysterna” – to pierwsze skojarzenie, jakie przyszło mi do głowy, kiedy zobaczyłem ten produkt. Zielony walec ze stalową czapeczką i barwnym sznureczkiem. Przyznaję, wywołał uśmiech. Od razu robi też wrażenie całkiem pojemnego. I jest to wrażenie słuszne, gdyż można w nim przenosić cały litr płynu. O dziwo, wcale nie jest bardzo ciężki, chociaż wykonany został głównie z metali. Producent podaje, że termos waży 629 gramów. Moja waga kuchenna pokazała 653, ale nie mogę powiedzieć, żebym szczególnie ufał jej precyzji. Tak czy siak, żadna różnica. Wysokość termosu to 281 milimetrów, a średnica 90 milimetrów. Jest spory. Czy to minus? Moim zdaniem raczej nie. Co prawda nie mieści się w zwykłych, otwartych kieszeniach na bokach plecaków, ale za to wewnątrz bagażu zawsze rzuca się w oczy. Nie ma szans zaginąć jak w kobiecej torebce. Niestety, nie mieści się w moim ulubionym pokrowcu na bidon od Stridera. Jest zbyt duży. Termos dostępny jest w kilku kolorach. Zieleń egzemplarza, który otrzymałem, wcale szczególnie się nie maskuje, zwłaszcza w śniegu. Barwny uchwyt ze sznurka dodatkowo zwraca naszą uwagę i pomaga szybko odnaleźć termos zagubiony w śniegu lub wśród liści.


Mizu D10 obok wspomnianego pokrowca. Niestety, nie pasują do siebie…

Pod lupą

Po zdjęciu pokrywki otrzymujemy oczywiście naczynie o pojemności 200 ml. Taki standardowy kubek herbaty. Wewnątrz pokrywki odkrywamy logo producenta i napis-przypominajkę. Spodobało mi się to. Zakrętka wykonana jest z tego samego materiału co pokrywka i sama butla wewnętrzna. Widać na niej dwie uszczelki. Uchwyt ze sznurka jest ruchomy, to znaczy możemy go dowolnie obracać na powierzchni termosu. Nie zawadza też, kiedy chcemy go upchnąć w plecaku. Gratulacje za zastosowanie prostego rozwiązania. Termos to koniec końców prosta konstrukcja i choćbym chciał, nie widzę, co jeszcze mógłbym w tym akapicie napisać, więc przejdźmy do następnego.


Małe przypomnienie, żebyśmy szanowali Matkę Naturę. Miło, że projektanci pomyśleli o takim detalu


Miękki uchwyt pozwala czasem termos gdzieś odwiesić, żeby nie przeszkadzał ani nie zaginął

Materiały

Producent podkreśla, że cały termos wykonany jest głównie z metali, bez użycia BPA. Główny materiał stanowi stal nierdzewna 18/8. Już spieszę objaśnić, co to znaczy. Oznaczenie informuje nas o procentowym udziale chromu (18) i niklu (8) w materiale. Jest to stal kwasoodporna, używana przede wszystkim w gastronomii. Oznacza to, że do termosu D10 możemy wlać herbatkę z cytryną nie martwiąc się o korozję. Oprócz tego, gdybyśmy zgnietli nasz termos, znajdziemy w nim również warstwę miedzi, która poprawia jego właściwości termiczne.


Uchwyt pomaga też w nalewaniu napoju do kubka

U użyciu

Testowałem ten termos parokrotnie. Niestety, nie miałem okazji sprawdzić go przy temperaturach poniżej -7 stopni. Cóż, zeszłoroczna i tegoroczna zima (jak dotąd) nie wykazały się szczególnie. Zamknięty termos wystawiłem z herbatą na balkon i pozostawiłem tam na całą noc. Po dwunastu godzinach herbata wciąż była zbyt gorąca, żeby ją od razu pić. Musiałem podmuchać. Uważam, że to bardzo dobry wynik. Przy dłuższym teście dwudziestu czterech godzin sprawdzałem temperaturę zawartości termosu mniej więcej co sześć godzin. Znaczną część tego czasu spędził w plecaku, w trasie. Czwarty i ostatni kubek herbaty nie był już oczywiście gorący, ale wciąż przyjemnie ciepły. Miejscem, w którym ulatnia się najwięcej ciepła, jest zakrętka. To prawdopodobnie zwykły „objaw” u wszystkich termosów turystycznych. Możemy to niekorzystne zjawisko nieco ograniczyć upychając pod pokrywkę coś wełnianego (np. grubą skarpetę), ale nie wiem, czy to jeszcze ma sens. Utraty ciepła tą drogą i tak nie będziemy w stanie całkowicie wyeliminować, na szczęście są to straty znikome – pokrywka jest co najwyżej lekko cieplejsza od otoczenia. Jest to zasługa gwintu i uszczelek, które dobrze trzymają szczelność. Dlatego też w odkręcanie termosu trzeba włożyć trochę siły.


Na odkręconej zakrętce doskonale widać obie uszczelki. Jedna jeszcze w głębi termosu, druga pod samą „czapeczką”

Błyskawiczna porada

Aby przedłużyć czas trzymania wysokiej (lub niskiej) temperatury, można zastosować dwie sztuczki. Pierwsza to zamknięcie termosu na chwilę z gorącą (lub lodowatą) wodą. Gdy wnętrze pojemnika wyrówna temperaturę, zastępujemy wodę docelowym płynem, który chcemy przenosić. Drugą sztuczką jest napełnianie „pod korek”. Nalewamy taką ilość płynu, aby przy zakręcaniu zatyczki trochę wyciekło. Uwaga na palce, jeśli to coś bardzo gorącego. W ten sposób, wypychamy z wnętrza wszelkie powietrze i uszczelniamy dodatkowo termos. Trzeba tylko uważać przy otwieraniu pojemnika. Jeżeli mamy miejsce w plecaku, termos możemy też owinąć wełną, na przykład swetrem. Daje to dodatkową izolację, choć nie sądzę, żeby w tym przypadku była potrzebna jej kolejna warstwa. Oczywiście wszystko to działa do czasu pierwszego otwarcia. Kiedy już do termosu dostanie się powietrze, całe trzymanie temperatury natychmiast słabnie.

Wrażenia

Estetyczny, skuteczny, wygodny w użyciu i dobrze spełniający swoją rolę – tak najszybciej mógłbym opisać termos Mizu M10. Przyda się za każdym razem, kiedy chcemy mieć pod ręką coś gorącego do picia. Polubiłem go i teraz noszę ze sobą na wszystkie jesienne i zimowe wypady. Owszem, jest spory, zajmuje miejsce w plecaku, poważnie też dociąża pas biodrowy z zasobnikiem. Ale frajda płynąca z popijania gorącej herbatki w chłodzie jest bezcenna.

Napisy końcowe

 

Dziękuję firmie Crag Sport za dostarczenie mi prezentowanego termosu Mizu M10 do recenzji.

Sprawdź podobne tematy, które mogą Cię zainteresować

Komentarze

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.

Dodaj komentarz

X